O prawie

Jan 24, 2017 at 5:37 pm

Nie horoszo w dierewni lietom - tak zaczyna się sławne i sprośne kazanie popa. Nam do lata daleko ale w naszej dierewni już dzisiaj nie jest horoszo.  Bowiem tak w Kanadzie jak i w USA coś doprawdy złego dzieje się z prawodawstwem.  Zaś bez prawa – wszystko jest na lewo i trudno z tym żyć. No cóż, Temida zawsze była ślepa. Może dlatego ma takie trudności z  utrzymaniem ekwilibrium? Tych szal na równym poziomie?  Odnoszę wrażenie, że za chwilę wszystko się rypnie. Nie dość, że sama, biedusia, spadnie z tego piedestału na zbity łeb i szyję ale przy sposobności, nas także skosi i rzuci na kolana. 

     Właśnie przeczytałam w gazecie o pewnej pani, której sprawa trafiła na wokandę sądu w Halifax (Nowa Szkocja). Bezimienna, ze względu na “delikatność sytuacji”, kobieta przypomniała sobie nagle, że jej starszy brat molestował ją seksualnie…50 lat temu!  Aliści, jako osoba głęboko wierząca a zeznająca pod przysięgą, musiała przyznać, że penetracji nie było. Tylko pieszczoty. Ale za to jakie! No i dlatego uraz pozostał. Nie tylko pozostał ale ciągle się potęguje. Zgroza!

      Jej brat zmarł  rok temu. Teraz  pani “X” uważa, że za poniesione krzywdy moralne (?!), nie wdowie i dzieciom, lecz jej należy się spadek po nim. Spadek wyceniony jest na $294.000. A mnie, wstrętną cyniczkę, dręczy pytanie: co ona robiła przez 50 lat? Czy z lubością wspominała “braterski podmac”? Czy też nie było sensu żywego brata ciągać po sądach, gdyż wtedy nieznany był jeszcze jego stan majątkowy, no i brat by się bronił?  Lecz umarli głosu nie mają. Za to teraz  “hajda dusza – bez kontusza”,  wszystko można mu zarzucać. Byłam pewna, że sąd pozew oddali. Choćby z powodu przedawnienia. Niemożliwości obrony. Braku dowodów. Czegokolwiek. Jak bardzo się myliłam! Sprawa jest bowiem  rozpatrywana. Większa forsa jest jak wysokooktanowe paliwo. Powoduje napęd nawet w na pół-zdechłym silniku. Konkluzja?  Rozsądek 0 : Szmal 100. I żegnaj sprawiedliwości, ty przeżytku naszego świata.

         W świetle powyższego, to co tu piszę, wyda się bajeczką dla grzecznych dzieci. A tymczasem jest to historia autentyczna, która miała miejsce kilka lat temu. W USA wprawdzie, lecz ich sądy, (ferujące równie idiotyczne wyroki), niczym nie różnią się od naszych.

       Otóż w Chicago żyje sobie od wielu lat i ordynuje, dentysta – ortodonta. Ortodonta jest to taki facet, który prostuje zęby. To on właśnie jest odpowiedzialny za te pół kila metalu, które taszczą w buziach nasi milusińscy. Jest to trudna profesja, męcząca, gdyż poza samą sztuką jej wykonywania, ma się jeszcze do czynienia z dziećmi. Z ich uporem i strachem. Czasem przekonanie miglanca ażeby otworzył  buzię, trwa dłużej aniżeli sam zabieg. Nie dziwota więc, że za swoje usługi taki lekarz pobiera bajońskie sumy. Cena złota na rynkach światowych fluktuuje jak szalona, ale cena jego metalowych drucików – nigdy! Ta idzie wyłącznie do góry. (Wiem to z wizji lokalnej. Za to, co wydaliśmy w Londynie na wyprostowanie zębów córki, mogłabym z powodzeniem kupić sobie, no, może nie Rolls-Royce’a, ale TR7 na pewno. A tymczasem ona oszukiwała. Dopiero niedawno przyznała mi się, że w nocy ten wichajster częściej spoczywał w szufladzie lub pod poduszką, aniżeli w jej ustach. Ale swoje zrobił! Teraz mój młodszy wnuk nosi takie same klamerki i pewnie też oszukuje. A dobrze jej tak!)

      Ten dr Marvin Berman uchodził w Chicago za specjalistę najwyższego lotu. I pewnie dlatego kochające mamusie ze swoimi pociechami waliły do niego drzwiami i oknami. Przez 6 dni w tygodniu. A jeśli zachodziła potrzeba, to w niedziele także. Dr. Berman ubolewał nad smutnym faktem, że ma tylko dwie ręce. Jako, że ruch w jego gabinecie mało co ustępował lotnisku O’Hare (no, lekko przesadziłam,  bo port lotniczy w Chicago ma największy przepust pasażerów na świecie – ponad 70 milionów w skali rocznej.)

       Praktyka rozwinięta na szeroką skalę wymaga precyzji w jej prowadzeniu i zrozumiałe jest, że taki lekarz musi asekurować się doświadczonym i zdolnym zapleczem. Czyli, po prostu, doskonale dobranym zespołem pracowników. Bez obciachu, z największą chęcią płacił im więcej aniżeli  przewidywała stawka ich związku zawodowego. Aliści, ku jego nieustającemu, wielkiemu rozczarowaniu, personel stale się zmieniał. Niczym korowód pasażerów na wyżej wspomnianym lotnisku. Głównie z powodu tych długich i uciążliwych godzin pracy.

      Dlatego omal że nie oszalał ze szczęścia, kiedy po latach ustawicznych zmian w personelu, na jego firmamencie pojawiła się Debra.  Dziewczyna uprzejma, odpowiedzialna, sympatyczna, wyrozumiała acz stanowcza, a przy tym niebywale zdolna.  Bez dłuższego przyuczania i zbytecznych ceregieli, przejęła wszystkie stery na zapleczu. Jeśli jej praca miała jakiś mankament, to może tylko to, że Debra nie uznawała komputera. Twierdziła, że nie ma czasu na zaliczenie kursu komputerowego. A jeśli musi pracować także wieczorami to albo rybka albo pipka! Na komputerach niech pracują inni.  Natomiast ona gwarantuje, że jej ręczna robota papierkowa w niczym nie będzie odbiegała od komputerowej. Dr Berman wyraził zgodę. Od tej chwili przestał się o cokolwiek troszczyć. Koncentrując się wyłącznie na swej skomplikowanej pracy, dziękował Panu Bogu, że się pozwolił za nogi złapać! Po pięciu latach rządów Debry, biuro w istocie prosperowało bez pudła, precyzyjnie, niczym dobrze naoliwiona maszyna. Elektroniczna kasa pracowała na okrągło i  bez przerwy wydawała rozkoszny szmerek. Aż jednego dnia wszystko diabli wzięli!

      Debra pojechała na narty. Na bardzo krótki, zasłużony urlop. Po raz pierwszy,  dr Berman nie przyjął nikogo na zastępstwo, jak to dotychczas miał w zwyczaju. Było akurat po Świętach, dużo dzieci bawiło jeszcze z rodzicami na zimowych wakacjach. Poczekalnia nie była tak pełna jak normalnie, więc wyjątkowo, na tych kilka dni, postanowił sam “obskoczyć” papierkową robotę.

      I już na drugi dzień stwierdził coś bardzo przykrego. A mianowicie, że kasa po prostu się nie zgadza. To fakt, że był tylko lekarzem-stomatologiem a nie zawodowym buchalterem, ale nawet każdy jego mały pacjent wiedział, że 2 + 2 = 4, podczas kiedy jemu uparcie wychodziło 3 albo 5. Mocno tym wszystkim zbulwersowany i zaniepokojony, sprowadził natychmiast przysięgłego księgowego. Ten zaś, nawet tylko po pobieżnym przeanalizowaniu dokumentów potwierdził, niestety, jego najgorsze podejrzenia. Z gotówkowych obrotów, w tajemniczy sposób wyparowało co najmniej $135.000.  Dzielna Debra tak zręcznie manewrowała podrobionymi kwitami, że cała ta suma, niczym gołąbek z kapelusza sztukmistrza, po prostu uleciała. Nie w siną dal, ale prosto (jak się później okazało) na jej liczne konta bankowe, rozsiane po całym Chicago i okolicy.

      W dniu, w którym Debra stawiła się ponownie do pracy, wraz z nią weszli do biura dwaj “smutni” panowie, którzy po wyrecytowaniu obowiązkowej formułki, po prostu ją aresztowali. Za co? – zapytała, niby zdziwiona, Debra. W odpowiedzi usłyszała litanię: za malwersację, defraudację, sprzeniewierzenie, przywłaszczenie, oszustwo i pospolitą kradzież sumy $135.000. No i dowiedziała się, że idzie do kicia.

      Dr Berman odetchnął z ulgą. Ale nie na długo. Już chciał dać ogłoszenie do agencji aby szukali  następczyni po Debrze, kiedy jego adwokat kategorycznie zabronił mu zwalniać Debrę z pracy. I to aż do czasu definitywnego załatwienia sprawy (co mogło się ciągnąć miesiącami, jeśli nie latami). Przezorny adwokat długo wkładał mu do głowy, że w dzisiejszych czasach nikt nie wie kto i o co może się do niego przy…czepić. To też za jego namową, dr Berman, acz nie zupełnie  przekonany, wysłał na domowy adres Debry list polecony, w którym zawiadomił ją, że z dniem takim a takim zostaje przeniesiona (z identycznym uposażeniem i nie tracąc “seniority”) ze stanowiska kierowniczki przychodni, na stanowisko urzędniczki w sekretariacie. Debra, która, jak się wnet okazało, odpowiadała z wolnej stopy (?!) do pracy już się więcej nie stawiła. Ani bezpośrednio sama odezwała.

     Odezwał się za to Urząd Pracy. Zawiadamiając, że Debra złożyła wniosek o zasiłek dla bezrobotnych i Urząd zapytuje uprzejmie o powód zwolnienia. (W tym miejscu należałoby może dodać, że w USA jest trochę inaczej aniżeli u nas. Tam ostatni pracodawca jest odpowiedzialny za pewną część zasiłku wypłacanego bezrobotnemu eks-pracownikowi  w przypadku bezpodstawnego zwolnienia z pracy. Z tego też powodu każdy pracodawca ma obowiązek wykupić ubezpieczenie na taką okoliczność.)  No i teraz Urząd Pracy wyraża nieodparte życzenie ażeby dr Berman natychmiast rozpoczął spłacanie im jego “doli”, w formie czeku płatnego co dwa tygodnie. Przy sposobności, informują uprzejmie, że przy opóźnieniu, naliczane będą odsetki na procent składany.

      Dr Berman poczuł jak go troista, nagła krew zalewa. Zaczął poważnie obawiać się o swoje zdrowie. O to, ażeby go szlag nie trafił, zanim nastąpi kulminacja sprawy. Natychmiast złożył apelację, udowadniając kopią wyżej wspomnianego listu, że Debry nigdy nie zwolnił (Boże! Dzięki Ci za mądrego adwokata!) i, że nie będzie niczego płacił, gdyż ich petentka okradła go na sumę $135.000, do czego zresztą sama się na policji przyznała. A zatem jeśli komuś w tym interesie należą się jakieś odsetki, to raczej jemu.  I, że ani mu się śni dokładać do tego interesu. Więc nawet o tym przysłowiowym złamanym cencie niech będą łaskawi zapomnieć.

      Papierki zaczęły fruwać jak jaskółki. Był zmuszony zatrudnić jeszcze jednego prawnika tylko po to, aby ktoś kompetentny potrafił rozszyfrować i przetłumaczyć na ludzki język bombastyczny styl biurokracji w swym żywiole. Służbowe listy, łamane przez litery, a litery przez cyfry, powołujące się na niezliczone sekcje, paragrafy, podparagrafy i odnośniki do powyższych, zadawały setki pytań (nawet z tą sprawą nie związanych) i uparcie żądały wypełnienia stosów następnych formularzy, wylewając przy tym niepotrzebnie rzeki słów.

       W końcu przyszło suche zawiadomienie, że jego apelacja została odrzucona. Na jakiej podstawie? – zapytali prawnicy. Na podstawie własnych zeznań dr Bermana – szybko wyjaśniła uradowana biurokracja. Np. na pytanie czy Debra była dobrą pracownicą, dr Berman odpowiedział “tak”. “Ale co z tego, skoro kradła?!” – Urząd Pracy uważa to za niestosowny wkręt. A czy była pilną, obowiązkową i punktualną pracownicą? Była – przyznał dr Berman. Ale była też złodziejką. Aaa, uwagi o charakterze petentki ich nie interesują – stwierdził sucho Urząd Pracy. Oni są zainteresowani wyłącznie jej pracą. A, że dr Berman sam przyznał, że pracowała wydajnie, dlatego jego protest odrzucają. Owszem, są świadomi, że na Debrze ciąży jakieś podejrzenie ale rozprawa jeszcze się nie odbyła, zatem  do tego czasu Debra, w oczach prawa, jest niewinna.  “A to, że się do kradzieży przyznała?”  – to  nie jest ich interes. Oni mają obowiązek  dopilnować ażeby Debra miała  gdzie mieszkać i z czego żyć. “Dobrze, ale dlaczego z pieniędzy podatnika a nie z tych, które ukradła” – zapytał naiwnie dr Berman. Ale im się widocznie komputery zawiesiły, bowiem na to pytanie nigdy nie otrzymał odpowiedzi.

       I tak jak u nas, zapchane po uszy sądy przez długi czas jeszcze nie rozpatrywały sprawy Debry. A kiedy nareszcie weszła na wokandę, sędziemu zajęło mniej niż 5 minut, aby wydać wyrok orzekający jej winę. Hurra! Hurra? Nie tak szybko. Bowiem sędzia (który na pewno nie nazywał się Salomon) nakazał wprawdzie zwrot ukradzionej sumy, ale także z tego powodu pozwolił jej pozostać na wolności. Ażeby mogła pracować i mieć z czego dług spłacać. Dr Berman myślał, że się przesłyszał. Dług? Jaki dług? Na mocy wyroku Debra ma spłacać $200 miesięcznie na ręce sądu, które to pieniądze sąd będzie odsyłać dr Bermanowi, po odtrąceniu sobie należnych kosztów administracyjnych.

       Dr Berman dostał histerycznego ataku śmiechu i był zmuszony opuścić salę sądową. Nie potrzeba bowiem Einsteina, ażeby wyliczyć, że spłacenie tej sumy zajmie 56 lat i 3 miesiące. Chociaż dr Berman bardzo dba o swoje zdrowie, nie spodziewa się wszelako żyć 114 lat.  Debra zapewne pójdzie teraz kraść do kogoś innego, aby przez ponad pół wieku spłacać dr Bermana. Żyjąc przy tym na takiej stopie, do której zdołała się przyzwyczaić. Co jej gwarantuje ichnia konstytucja. (Nie wspominając już o jeszcze ciagle dobrze ukrytych innych kontach  bankowych.)

       Dr Berman przestał wierzyć w krasnoludki i zrobił się zgorzkniałym cynikiem. Przestał wierzyć w amerykański system prawny i amerykańską sprawiedliwość. Teraz już wie, że ciężka praca – nie popłaca. Na domiar złego, właśnie otrzymał zawiadomienie, że jego stawka ubezpieczeniowa dla pracowników zostaje podniesiona z $856 do $4.654 w skali rocznej.

       Dr Berman usiłuje podsumować swoje straty. Ponad $135.000 wyparowało za sprawą Debry. Wydał $1.500 za usługi grafologa (aby mieć stuprocentowy dowód, że to Debra fałszowała dokumenty). Musiał zatrudnić ekstra księgowego i dwóch adwokatów. Opluje się ze szczęścia jeśli ich usługi kosztować go będą poniżej $120.000, ale raczej na to nie liczy. Był także zmuszony odwołać niezliczoną ilość wizyt swoich małych pacjentów, podczas kiedy on marnował czas na przesłuchania na policji, składał zeznania w Urzędzie Pracy i tracił cenny czas na konferencje z prawnikami. Nie dość, że będzie stratny na grubo ponad ćwierć miliona, ale do tego musi jeszcze zabulić 6-ciokrotnie wyższą stawkę ubezpieczeniową, ponieważ biedna Debra pozostaje wciąż na zasiłku. Jako, że jest za bardzo zestresowana tą całą historią i nie czuje się jeszcze na siłach aby podjąć jakąkolwiek pracę.

      Żona dr Bermana coraz częściej przebąkuje, że mąż zmienił się nie do poznania i, że jej się to wszystko bardzo nie podoba. A już szczególnie od czasu kiedy odmówił kupna futra z szynszyli, mimo, że obiecał. Także, jego żona coś za często ostatnio szafuje opowieściami o przyjaciołach, którzy rozwodzą się z dużo błahszych powodów.

      Bardzo współczuję dr Bermanowi. Nic tak bardzo nie boli jak cierpienie za niewinność. Nie mniej dr Berman jeszcze ciągle ma więcej szczęścia niż przypuszcza. Albowiem Debra zaprzepaściła fantastyczną okazję (przed skazaniem jej, oczywiście), aby oskarżyć go o to, że się np. nieprzystojnie do niej zalecał. Lub przed nią obnażał. Albo, że ją dyskryminował dlatego, że ma perkaty albo właśnie za płaski i szeroki nos. Względnie, że jest chorobliwe chuda i, że nie straszył nią dzieci, które nie chcą jeść szpinaku.

      Przypomina mi się dowcip, stary jak świat, zasłyszany jeszcze w Anglii: gdzieś na Południu Ameryki, młody człowiek stoi przed sądem oskarżony o brutalne zamordowanie siekierą ojca i matki. Puentą dowcipu jest to, że prosi wysoki sąd o łagodny wymiar kary, gdyż… jest sierotą.  Wtedy, tam, w Europie, w innym świecie, śmiałam się z tego dowcipu. Bo nie wiedziałam jeszcze, że na lewo od Atlantyku zaczyna się dzicz i mnie w niej żyć przypadnie.  Dzisiaj płaczę, gdyż dowcip przestał być dowcipem.  Stał się ponurą, straszliwą rzeczywistością.

      Dickens napisał: The law is an ass (prawo jest osłem).  Mądry facet. On już wtedy wiedział!