O jednym Sylwestrze

Jan 12, 2017 at 5:46 pm

  Dzisiaj jesteśmy o rok starsi. O wa! Mam nadzieję, że wszyscy bawili się doskonale. Ja także zaliczyłam bardzo udaną noc.  Jadąc nad ranem do domu, usłyszałam w radio skoczną melodię “Mambo no.5″. Mambo! Takt mambo natychmiast mi się skojarzył z dwoma innymi Sylwestrami. Ach, te wspomnienia! Co ja dzisiaj mam z tymi wspomnieniami?  Dlaczego tak uparcie mnie nachodzą?

          Mój pierwszy tutaj wystrzałowy Sylwester w Kanadzie, otworzył mi oczy na nowy świat, w którym się naraz znalazłam. Znajomości miałam wtedy jeszcze znikome, rachityczne, i może dlatego tak bardzo się ucieszyłam kiedy Ralph zaprosił mnie na bal sylwestrowy, organizowany przez jego “Country and Golf Club”. (Ralph świadomy mojego krótkiego kanadyjskiego “stażu”, w bardzo dyskretny sposób uprzedził mnie, iż będzie to impreza na wysoki połysk; nie chciał abym poczuła się zaskoczona. Powiedział, że naprzód zbierzemy się w jego klubie na parę drinków. Samochody zostaną na parkingu a my udamy się autokarem do 5-ciogwiazdkowego hotelu w śródmieściu, na super elegancki bal z wystawną kolacją. Ci, którym w końcu nogi czy głowa odmówią posłuszeństwa, mogą przenocować na miejscu. O to też zadbano.  Ci mniej upojeni, wrócą do klubu, gdzie sobie ździebko odpoczną  przy czarnej kawie lub “prairie oyster” (taka niby odtrutka na alkohol), po czym sami zawioza się do domu.  Co za organizacja!  – pomyślałam z uznaniem.

          Przeprowadziłam rajd na szafy i w efekcie końcowym, wyłowiłam klasyczną kreację Niny Ricci, zakupioną kiedyś w Paryżu. Wówczas sprawiała wrażenie lekko workowatej (taka była moda), teraz leżała jak ulał. Dokupiłam tylko nowe akcesoria i po krzyku. Nawet jeśli nie będę błyszczeć, na pewno Ralphowi wstydu nie przyniosę – uznałam.

          Błyszczeć? Boże! Czy ja zwariowałam? Z czym do gości? Całe szczęście, że ja w moim wokabularzu nie prowadzę słowa kompleks. Inaczej z miejsca miałabym całego Sylwestra  z głowy. Albowiem kiedy z pobliskich foteli zaczęły spływać na dywany nonszalancko porzucone płaszcze i etole z norek i szynszyli, kiedy w świetle kinkietów zabłysły brylantowe kolie, kolczyki i pierścionki wymiaru pięciocentówek (raczej niefortunne porównanie), zrozumiałam, że znalazłam się na swoistej, wyszukanej rewii mody i biżuterii, z akcentem na rywalizacji. Sylwester w tym interesie był ni pri czom tut. Ot, okazją dla tych pań z tutejszego high-life’u do zaprezentowania najnowszego zakupu (czytaj: inwestycji).

          Na balu usadzono nas przy trzech 10-cioosobowych stołach i wręczono efektowne, w skórę oprawione menu. Po co? Cholera wie, bo i tak cała sala jadła to samo. Natomiast nie tak samo wyglądała. Musiałam w duchu przyznać, że nasze trzy stoły były niewątpliwą Francją-elegancją. Panowie w smokingach, panie w długich sukniach. Aliści pozostałe stoły były istną  Argentyną-mieszaniną. Cicer cum caule (czyli “groch z kapustą” – tyle, że po łacinie). Był pan w czarnym fraku i …białych skarpetkach. Był pan w białym fraku i czrwonych skarpetkach. Był pan w smokingu i kraciastej koszuli. Jeden pan wystąpił w ubraniu ze srebrnej lamy (sic!) i srebrnych, kowbojskich butach na koturnach.  Czyżby ekscentrycy? Nuworysze? Ignoranci salonowi? Co? Bowiem z frakami, smokingami i ciemnymi ubraniami sąsiadowały beztrosko, bez jakiejkolwiek żenady, jasne marynarki i blezery w bajecznych odcieniach.  Hmm, na upartego – można i tak.  Widocznie dyrekcja hotelu uznała, że pecunia non olet, czyli, że forsa nie śmierdzi i wpuszczała każdego kto tylko zapachniał im większym szmalem.

          Garderoba pań też przedstawiała niezwykły melanż. Od spodni począwszy, poprzez stroje wszelkiego rodzaju (w tym i przeźroczyste), suknie długie do podłogi lub takie mini, mini, że przez majtki  szyję można było oglądać.  Dalibóg, na takim niby super, ale w sumie “misz-masz” balu,  w życiu jeszcze nigdy nie byłam.

          Obserwując spode łba te baloniki, te potworne kapelusiki, słuchając piszczałek i trąbek, nagle, bez uprzedzenia, zakradło mi się do głowy wspomnienie innej, ale jakże odmiennej, nocy sylwestrowej. Aż się sama zdziwiłam, że tak wyraziste, albowiem ja nie hołduję łzawym reminiscencjom. Jestem raczej z tych co to: “było, nie jest -  nie pisze się w rejestr”. To jest moją dewizą. Ja wierzę w jutro! Ale wspomnienie powracało uparcie. Tak nurtowało, że w końcu, wbrew logice, zasłuchana w siebie, serdecznymi myślami cofnęłam się wiele lat wstecz. “Chelsea Arts Ball” w Londynie odbywał się na  Sylwestra w The Royal Albert Hall (największej sali koncertowej świata). Był początkiem (i gwoździem zarazem), karnawału. Był niezwykłym, roztańczonym, szalonym, pomysłowym, cudownym balem kostiumowym. Bawiła się arystokracja i pospólstwo. Finansjera i cyganeria. Dziekani i studenci. Erudyci i głupcy. Damy i nie damy. Bawiono się wspaniale w idealnej, acz podpitej, symbiozie. Glejtem do tej zabawy było posiadanie biletu. A bilety zdobywało się jeszcze w lecie, i to, na ogół, przez znajomości. Natychmiast stawały się walutą obiegową. Ludzie się o nie zabijali. (Niejeden cwaniak ustawiał sobie  całoroczny budżet, robiąc tylko przez chwilę za efemerycznego “konika”.)

          O północy z pod sufitu spadały funty konfetti i tysiące baloników. Opuszczano w kołysce żywego, golusieńkiego, różowego bobaska z szarfą przez piersi, głoszącą cyfry nowego roku. Po toastach, po śpiewach, po składaniu życzeń, formowały się gigantyczne, bajecznie kolorowe korowody i rozbawiowy tłum ruszał w kongę. Wodzireje sterowali swoje trzódki przez wszystkie pomieszczenia, boczne sale, hole, schody, loże, nawet przez ulicę. Co roku widziałam tam wlanych facetów uprawiajacych niebezpieczną ekwilibrystykę na balustradach lóż i….żaden nigdy nie spadł. Czyżby Pan Bóg faktycznie czuwał nad bożymi pijaczkami?

          Największym szykiem było mieć własny kostium. Nie z wypożyczalni. Mój kostium paryskiej midinetki z przełomu tamtego stulecia (Jezu! A tu już drugie po nim!) kompletowalam przez kilka miesięcy. Zdobyłam autentyczną sznurówkę (!), dwuczęściową, niebieską suknię (w talli jak osa. Oj, były czasy! Były. Szkoda, że wyszły). Miałam halki, majtasy z kokardkami, siatkowe pończochy i koronkowe rękawiczki. Ogromny kapelusz z ptaszkiem, rajerami i szpilami. Boa z piór i torebkę-worek. Najbardziej nalatałam się za sznurowanymi, czarnymi bucikami na obcasie, jakie dzisiaj dostałabym bez najmniejszego trudu w każdym sklepie, w każdym mall’u. Kostium, w porównaniu z innymi, był w sumie przeciętny, a jednak zdobyłam 1-szą nagrodę jednej z czołowych gazet. No cóż, byłam wtedy młoda, ładna, zgrabna, pełna życia. I taka rozbawiona! Dzisiaj mogę nosić taki kapelusz i buty od rana do nocy. ale pies z kulawą nogą już się za mną nie obejrzy. No cóż - sic transit gloria mundi. Wszystko przemija.

          Miałam z Mietkiem umowę, że zaraz po północy i szampanie (podwójnym, bo i za nowy rok i za Jego imienieny), co godzinę będziemy się spotykać przy wiadomym nam filarze. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że w ponad dwutysięcznym tłumie, natychmiast stracimy siebie z oczu. Grały cztery orkiestry, lecz o dziwo! ani kakofonia ani decybele nie przeszkadzały nikomu w szampańskiej (literalnie) zabawie. Stolików nie było. Oferty bufetu spożywało się w biegu. Bardziej stateczni, jedli na stojąco, podpierając najbliższe ściany.

          Z uśmiechem rozbawienia, acz z łezką w oku, przypomina mi się czarujący Szkot, który na kostium zbytnio się nie wysilił. Przyszedł au naturel (nie, nie był na golasa. A szkoda!) Po prostu miał na sobie swój narodowy strój. Spódniczkę (kilt) z klanowego tartanu (kraty), żabot, fraczek, sporran i tam-o’shanter. (Te dwa ostatnie to taka torba z włosia na rzemyku, która pałęta się poniżej pasa i beret z pomponem). Za skarpetą miał rytualny sztylet (tutaj już tylko za to, zaraz by w kiciu wylądował). Szkot podrywał mnie bezwstydnie przez calutką noc. I rozrabiał okrutnie. Straszny flirciarz! Z początku byłam zła, że mnie tak monopolizuje. Odstręcza innych chętnych do tańca. Ale, że tańczyl jak młody bóg, był niezmordowany w tańcach latynoskich (Ricky Martin! Prochu nie wymyśliłeś!) i szeptał takie słodkie bzdury do uszka, wnet pogodziłam się z losem. Powiedział, że jest aktorem (acha, już lecę wierzyć!), że nazajutrz leci na zdjęcia na Riwierę (akurat!) i, że ja muszę koniecznie z nim jechać. Moje wywody, że jestem zakochaną mężatką, kwitował buńczucznie, że jemu to nie przeszkadza. Wybiła pełna godzina. Poleciałam pod filar. On za mną. Przedstawiłam go Mietkowi. Szkot z wewnętrznej kieszeni fraczka wyczarował “piersiówkę”, którą obaj panowie w try miga opróżnili. Szkot zaczął błagać mojego męża ażeby się ze mną rozwiódł. Na co mój mąż, pewnie gwoli męskiej solidarności, począł wyliczać moje wady. A Szkot bełkotał rozkosznie, że to nie ważne, że on Szkot, góral, człowiek twardy i każdej babie podoła. Było im wyraźnie bardzo dobrze ze sobą i jeszcze chwila a padliby sobie w pijackie objęcia, gdyby nie jakaś bardzo sympatyczna kolumbina, która zgłosiła się po Mietka i porwała do rocka. O! Mignął mi się Mick Jagger.  (Do dzisiaj jeszcze ściąga tłumy. Sir Mick nie dawno występował w Toronto, ale nie mogłam dostać biletów.  Nawet  u “koników” nie było (sic!)

          Żegnaliśmy się ze Szkotem długo i wylewnie. A kiedy ranną zorzą zaczęły kursować pierwsze autobusy, mój Szkot, niczym bajkowy Kopciuszek, znikł.  Aliści w ciągu nocy, podczas jednego z licznych postojów w bufecie, wymieniliśmy, nie wiadomo po co, nazwiska i numery telefonów.

          W domu, przy rozbieraniu, z za stanika wypadła, osobiście tam umieszczona,  zmięta serwetka. Przelotnie spojrzałam na nazwisko: Sean Connery. (Nazwisko gdzieś słyszałam ale nie skojarzyłam. Bo ja wtedy nie byłam “kinowa”. Wolałam TV.) Jakież było moje zdziwienie, kiedy po dwóch tygodniach Szkot zadzwonił. Powiedział, że wrócił właśnie z Riwiery, gdzie coś tam kręcił (ja nadal, oczywiście. nie wierzyłam). Pochwalił się, że właśnie zainkasował większą gotówkę i, że zaprasza mnie na kolację do Savoy’u. A ja, ta krowa, ta skończona idiotka, powiedziałam butnie, acz grzecznie, że nie mam zwyczaju kontynuować przelotnych znajomości z sal balowych. Powiedział, że rozumie, że przeprasza i good-bye. (A jednak spotkaliśmy się później. Ale to już inna historia.) Od tego czasu jest gwiazdorem super klasy, przepuścił dwie żony. królowa wreszcie nadała mu szlachecki tytuł.  Musiał, biedak, czekać aż do grudnia 1999 na ten zaszczyt, tylko dlatego, że od lat popierał w słowie i czynie niezależność swojej ukochanej Szkocji. Brawo sir Sean!

          Ralph coś do mnie mówi. Budzi mnie z zadumy. Pędem wracam do rzeczywistości. Przytomnieję. I nagle, z niedowierzaniem, spostrzegam, że jedna z pań przy naszym stole, ta z największym brylantem na palcu, dyskretnie przykłada wytworną, wieczorową torebkę (ani chybi – Versace) do kieliszka i na chama dolewa sobie alkohol z tkwiącej w niej “piersiówki”. A raczej “torebówki”. A może ona dlatego jest taka bogata, bo taka oszczędna? Zaczynam się baczniej przyglądać naszemu towarzystwu. No i proszę. Cóż my widziem proszę wycieczki? My widziem, że nasz cały stół zamienił się w nowożytną Kanę Galilejską. Nikt nic z baru nie zamawia, wszyscy piją tylko wodę z lodem, ale oczka z minuty na minutę coraz bardziej im się świecą. Poprawiają się humory. Już nie są tacy sztywni jakby kij (golfowy?) połknęli. Luuudzie! Co to jest? Czy to jest “Zabawa Podmiejska” Szczepanika, czy super-elegancki bal dla “jelity”? Bo tą pierwszą przynajmniej do dzisiaj chętnie się słucha i śpiewa.

          A kiedy o północy pijemy szampana (pewnie tylko dlatego, że jest wliczony w cenę kolacji) śpiewamy “Auld Lang Syne” i składamy życzenia,  ja śpiewam sobie w duchu, po polsku: “Sto lat!”  Weszło mi to w nawyk. Tak śpiewałam przez wiele lat, kiedy w minutę po północy, na innej półkuli, w innym życiu i innym świecie, mój Mietek zaczynał obchodzić swoje imieniny. Śpiewam sobie jeszcze do kompletu “Czerwony Pas i “Góralu, czy ci nie żal”. Przełykam ciepłą łezkę i od razu raźniej mi się robi na duszy.

          Teraz mogę już spokojnie iść z Ralphem na parkiet i zatańczyć to pełne rytmu i melodii, mambo. Mambo od kilku lat znowu jest w modzie. Bo w życiu już tak dziwnie bywa, że fortuna, moda i muzyka  – nieustającym kołem się toczą!