O samotnosci

Dec 13, 2016 at 3:43 pm

Pan Leszek J. z Oakville, zamartwia się o los swojej siostry:

Pani Nino! Co się robi z kobietą, która straciła chęć do życia? Która zapomniała, co to jest uśmiech? Którą nic nie bawi ani cieszy. Której zachowanie mnie przeraża, bo momentami zakrawa na początek choroby psychicznej.

           Moja siostra owdowiała w ubiegłym roku. Po 29-ciu latach wyjątkowo szczęśliwego, acz bezdzietnego (z powodów medycznych), małżeństwa i cały jej świat się zawalił. Siostra z mężem po przybyciu do Kanady, osiedlili się w Toronto. Bardzo szybko się zasymilowali; nawiązali kontakty. Wnet mieli duże grono przyjaciół i znajomych. Prowadzili otwarty dom; byli bardzo popularni. Toteż zrozumiale, spodziewaliśmy się, że ci sami przyjaciele po odejściu szwagra, będą jej podporą, ruszą z pomocą, pomogą stanąć na nogi. A tymczasem, ci ludzie po prostu zniknęli. Co moją siostrę jeszcze bardziej załamało. Przez to, że przyjaciół zabrakło, moja siostra liczy teraz wyłącznie tylko na mnie.     

          W dzisiejszych czasach, proszę Pani, 57 lat to nie jest jeszcze wiek, w którym rezygnuje się z życia. Nie wiem jak ją przekonać, ażeby wyszła ze swojej skorupy. Inaczej ułożyła sobie życie, zaczęła być niezależna i nauczyła się na nikim nie polegać. Bo teraz z powodu byle głupstwa, ja jestem natychmiast wzywany. Czy w dzień, czy w nocy. Muszę wszystko rzucać i zaraz do niej jechać. Pomagać, załatwiać, pouczać. I w nieskończoność wysłuchiwać jej gorzkich żali.

           Niestety, nie trafia do niej argument, że: ”life goes on”. Moja żona, z początku bardzo pomocna, teraz ochłodła i ma dla niej coraz mniej czasu. A mnie suszy głowę, że zachowuję się jak stara kwoka i zamiast siostrę popchnąć do przodu, przez to nieustanne wybieranie jej gruszek z popiołu, tylko przedłużam i pogłębiam jej inercję. Uważa, że ją rozpuszczam i uzależniam od siebie. Co nie jest prawdą. Ale moja siostra faktycznie otoczyła się jakimś niewidzialnym kokonem. Najchętniej, to by w ogóle z domu nie wychodziła. Ma żal do Boga, do ludzi, do dawnych przyjaciół, do całego świata. Jak ją zmusić, ażeby wróciła do żywych?…

Nic na siłę, proszę Pana! Tylko łagodną perswazją. A jeśli to nie pomoże, to bardziej drastycznym postępowaniem. Albowiem rację ma żona, że powoli trzeba zacząć ograniczać pomoc; nie reagować natychmiast na liczne wezwania. Jeśli nie jest to doprawdy coś bardzo pilnego czy poważnego, wtedy świadomie, z premedytacją, trzeba dać jej czekać. Odroczyć wizytę. Nawet o kilka dni. Zresztą, jeśli dobrze czytam pomiędzy liniami, Pana ta sytuacja też zaczyna męczyć; być coraz cięższym ciężarem. Pan jest starszy od siostry, ma własną rodzinę, wyczerpującą pracę zawodową, absorbujące życie. Dlatego, stopniowo, trzeba będzie faktycznie wycofywać pomocną dłoń. Dla jej własnego dobra zresztą.

Gwoli Pana informacji, WDOWA jest to chyba najżałośniejsze i najbardziej przygnębiające hasło w całym wokabularzu. Ciężar gatunkowy wdowieństwa uzależniony jest nie od długości współżycia małżeńskiego, lecz od jego jakości. Stąd wiele świeżo upieczonych wdów, szczególnie tych po wielu latach szczęśliwego współżycia, gubi się w nieznanej im naraz samotności.

Nie dość, że kobieta straciła męża, nie dość, że legł w ruinie jej dotychczasowy świat – boli ją i nie rozumie, dlaczego właśnie wtedy, opuszczają ją przyjaciele. A tymczasem to dziwne zachowanie przyjaciół, miewa czasami niejakie uzasadnienie. Ludzie, na ogół, nie są aż tak źli, czy bez serca. Najczęściej kieruje nimi skrępowanie. Nie wiedzą co mówić, jak się zachować. Wdowa wdowie nie równa. Niewiadomo, jaka będzie jej reakcja na słowa pocieszenia. Czy wolno nawiązywać do ”starych czasów”? Wspominać? Mówić o ”drogim nieobecnym” czy lepiej milczeć? Jedna wdowa dostaje histerii na dźwięk jego imienia; druga tylko o nim chce rozmawiać. Nie ma reguły.

Jednakże, czasami nawet i najlepsi przyjaciele kierują się prozaicznymi względami. Myślą na wyrost. Boją się, że będą co chwilę nagabywani o pomoc (tak jak Pan teraz). Co może stworzyć pewne uzależnienie i gotowe jest wejść w zwyczaj. Czasami pieniądze też odgrywają rolę. Przyjaciele nie wiedzą, czy w restauracji trzeba będzie zawsze za nią płacić. Czy za bilet do teatru (koszt czasami niebagatelny), wypada domagać się zwrotu. Jeśli wdowa nie prowadzi samochodu, czy w nieskończoność trzeba ją będzie wozić i odwozić. Wiele wątpliwości się rodzi.

Około 60-tki ludzie bywają już zmęczeni własnym życiem. Do tego, mężczyźni rozmyślają trwożnie: wczoraj on, a jutro…kto? Zaś niejedna pani boi się (niesłusznie, zresztą), że żałobna wdowa, choć tej chwili wprawdzie jeszcze ciągle rozpacza, jednak po jakimś czasie zapikuje w stronę jej małżonka. Więc, na wszelki wypadek, dmuchając na zimnie, oboje znikają z horyzontu.

Wiem to z doświadczenia, proszę Pana. Ja to wszystko ”brałam” na własnej skórze. Ja ”chodziłam w tych butach” i do dzisiaj nie zapomniałam jak bardzo ”piły”, jak były niewygodne. I jeśli wyszłam z tego obronną ręką, zawdzięczam to sobie i prawie obcym ludziom. W każdym razie – nie najbliższym przyjaciołom.

Owdowiałam młodo. Dużo, dużo młodziej od Pana siostry. My także prowadziliśmy dom otwarty. “Mr. & Mrs. Popularity” – to my właśnie! My też przyjaciół liczyliśmy na kopy. Nie przesadzam. Na pogrzebie Mietka, katedra była wypełniona po brzegi. Ludzie na ulicy stali. Ale wnet po pogrzebie – zrobiło się przedziwnie pusto.

Bardzo długo nosiłam żałobę po mężu (i w pewnym sensie, po przyjaciołach także). Nie dlatego, że chciałam komuś coś udowodnić. Nie! Mnie było po prostu czarno na duszy i stąd te kiry. Dopiero, kiedy na arenę wkroczyła rodzina męża i zaczęła mi perswadować ażebym je w końcu zdjęła, uprzytomniłam sobie, jak to dla otoczenia wygląda i, że pewnie ja sama tymi krepami ludzi od siebie odstraszam. Posłuchałam. Zaczęłam skromnie od granatu, a po tym, poleciało…

W ”powrocie do żywych” dopomógł mi Mietek. Z zaświatów.

Jeszcze w czasie wojny, w Mietka dywizjonie, było dwóch chłopaków ze Lwowa. Mietek znał siostrę Romana. Już wtedy wiedział od niej, że Zbyszek jest nie tylko kolegą Romana jeszcze z podstawówki, lecz czymś dużo więcej. Jego partnerem życiowym.

Mietek nie był w ciemię bity. Przewidział, że kiedy skończy się akcja i poleje się wino, może także polać się krew. I to nie wroga. Należy pamiętać, że to były ”tamte” czasy. Wtedy żołnierze nie rozumieli, nie wiedzieli, iż jest to sprawa genetyczna, że najwięksi tego świata byli, są i będą gejami. Mietek obawiał się o ich bezpieczeństwo. Jako dowódca, wezwał ich do siebie, przykazał ostrożność i nawet ułożył im zgrabną gadkę, ot, na wszelki wypadek. Że siostra Romana jest żoną Zbyszka, więc jako rodzina, razem się trzymają. Po skończonej kampanii, wysłał ich szybciutko do Szkoły Podchorążych i na tym, zdałoby się, zakończyła się ich łączność. Otóż, nie! Życie napisało zupełnie inny scenariusz.

Po wielu latach spotkał ich w Londynie. W naszym ”własnym” Safeway’u. Okazało się, że obaj ukończyli uniwersytety, są inżynierami. Przez ileś tam lat przebywali na kontraktach w Afryce, poczym powrócili do Anglii. Chyba z kupą forsy, gdyż kupili bardzo wystawną posesję na sąsiedniej ulicy. (Nawet z czasem stali się sławni, gdyż rok rocznie wygrywali nagrodę burmistrza prestiżowej dzielnicy Kensington, za najładniejszy ogród. Potrafili jakoś przystosować afrykańskie rośliny do angielskiego klimatu; ich oba ogrody przypominały mini-ogród botaniczny. Cudo!)

Obaj panowie unikali polskiego środowiska i mam prawo przypuszczać, że Mietek był jedynym Polakiem, z którym spotykali się czasem na drinka w lokalnym pubie. Poznałam ich przypadkowo. Na zakupach. Mietek powiedział krótko: to jest Roman a to Zbyszek, ci z tego ślicznego domu. Buchnęli mnie w mankiet (pocałowali w rękę, znaczy się) i wszczęliśmy ogólną rozmowę o witaminowej przewadze niektórych egzotycznych owoców, które oni znali, a ja nie.

Na pogrzeb Mietka nie przyszli. Przysłali mi tylko kondolencje, których wszelako nigdy nie zapomnę. Napisali, że umarł człowiek przez wielkie ”C”. Wartościowy, wyrozumiały, dobry i mądry. Że oni też go opłakują. W ”PS” dodali, że zawsze będą na moje usługi i żebym zawsze na nich liczyła. Dzięki Bogu, nie miałam potrzeby.

Ale, kiedy jednej nocy, ciśnienie wywaliło zawór w kaloryferze i sypialnię zaczęła zalewać woda – spanikowałam. Straciłam głowę. Zamiast do hydraulika, zadzwoniłam do nich. Byli w dwie minuty. W szlafrokach i pidżamach. Wiedzieli gdzie jest główny kurek, ażeby zakręcić wodę. Wiedzieli gdzie wyłączyć ogrzewanie. Wiedzieli jak przykręcić zawór a później włączyć wszystko z powrotem. Nawet dywan chcieli suszyć, ale ja się uniosłam honorem i nie pozwoliłam. Podziękowałam im stokrotnie i na tym ich nieprzewidziana ”wizyta” się skończyła.

Kiedy pod nieustającym naciskiem rodziny, obiecałam włączyć się wreszcie w ”żywy” nurt, pomyślałam, że najlepiej zacząć od pójścia na imieniny do Izy, mojej przyjaciółki. Przez tyle lat spędzaliśmy wszystkie imprezy wspólnie! Zadzwoniłam. Złożyłam życzenia i czekałam na zaproszenie. Daremnie. Życzenia przyjęła i powiedziała, że party nie urządza, bo Czesiek zabiera ją na narty do Austrii. A potem dowiedziałam się, że party było, a jakże, i to na 102 fajerki.

Zrobiło mi się łyso. Ale co tam – pomyślałam. No to pójdę na Sylwestra. Skoczę na głęboką wodę! Choć miałam wiele zaproszeń od moich angielskich i szkockich przyjaciół (hogmanay – najważniejsza noc roku dla Szkotów!), serce dyktowało mi pójść na polski bal. Do tego samego lokalu, gdzie bywaliśmy od lat. Chyba był w tym jakiś masochizm, ażeby chcieć pójść właśnie tam, gdzie przez tyle lat w dwie minuty po północy nasz stół bywał oblegany i wszyscy radośnie śpiewali Mietkowi ”Sto Lat”. Wszak 1-go stycznia – to jego imieniny!

Zaczęłam obdzwaniać przyjaciół. Ludzi, z którymi nie tylko beczkę soli, ale chyba pół Wieliczki żeśmy zjedli. Niestety! Jurkowie nie szli, bo mama po operacji. Andrzejowie nie szli, bo baby-sitterka nawaliła. Markowie zrezygnowali, bo córka ma grypę. Albertowie nie idą, bo biletów już nie ma. Ryśkowie nie idą, bo Danka skręciła nogę. Wojtkowie nie idą, bo Marta ma od kilku dni potworny atak migreny. Same nieszczęścia!

Ale, jak już wspomniałam, życie pisze własne, nadzwyczajne scenariusze. Kilka dni przed Sylwestrem wracałam do domu ze sklepów na piechotę, obładowana torbami. Mój samochód był w warsztacie na przeglądzie. Skulona. Zmarznięta. Zrezygnowana. Człap, człap – noga za nogą. Aż podskoczyłam, kiedy nagle za mną odezwał się wesoły głos: ”cóż to Pani taka przegrana, pani Nino?” Odwróciłam się. Roman już mi torby z ręki wyjmował i pyta, co mi jest. Dlaczego jestem taka smutna? Gdzie mój normalny, promienny uśmiech?

Nie wiem czy uderzył w jakąś czułą strunę, czy tylko przelała się czara goryczy. Bo nagle otworzyłam się przed nim jak śluza na Tamizie. Rozryczałam się i wyrzuciłam z siebie wszystkie moje bolączki. Na koniec dodałam, że miałam najlepsze chęci wyjść wreszcie z tej żałobnej skorupy, ale, że mi to widocznie nie jest to pisane. Spojrzał na mnie tak jakoś dziwnie i nic nie powiedział. Za to zadzwonił wieczorem i zapytał czy oni mogą mnie odwiedzić. Zdziwiona i ucieszona, odparłam, że bardzo proszę.

Przyszli za pół godziny i już od drzwi postawili sprawę jasno. Że ja zapewne wiem co jest co, i dlaczego oni nie bywają w polskim środowisku. Ale teraz chcą zrobić wyjątek. Ich dozgonna wdzięczność do Mietka nakazuje im podać mi rękę w tej niezręcznej sytuacji. A że mnie bardzo lubią, tym większa będzie ich radość, jeśli zechcę im towarzyszyć. Bo oni zapraszają mnie na Sylwestra! Oczywiście będę ich gościem; o odmowie nawet nie chcą słyszeć. Oponowałam chwilkę przez czystą kurtuazję, ale w duszy śpiewałam z radości. Upewniłam się, że nie żartują i skoczyłam im na szyję. Namówili mnie, ażebym kupiła sobie nową suknię balową. Poprosili abym pomogła załatwić bilety. Bo oni nie wiedzą gdzie i jak, a ja mam przecież ”chody”.

Na drugi dzień sporo się za tą suknią nalatałam, ale w końcu udało mi się zdobyć wytworną, prześliczną kreację Jean Varon. Cudo! Marzenie wariata po bezsennych nocach! Mam ją do dzisiaj. Prawda, że wbić się w nią nie mogę. Ale kiedy mi smutno, kiedy chandra mną trzepie, lecę na nią popatrzeć i od razu się śmieję. Na wspomnienie tamtej nocy. I początku mojego nowego życia.

Bo kiedy wparowałam na salę, uwieszona na ramieniu dwóch przystojnych, wysokich, szpakowatych panów w smokingach (prawie sobowtórów George Clooney’a i Pierce Brosnan’a) – pierwsza para, którą ujrzałam to byli Jurkowie. Widocznie mama sama zdobyła się jakoś na zaparzenie sobie herbaty. I Andrzejowie byli. Pewnie znaleźli inną baby-sitterkę. Markom magicznie musiała wyzdrowieć córka. Albertowie zapewne, tak samo jak ja, bez najmniejszego trudu zdobyli bilety. A Danka tańczyła w najlepsze na skręconej nodze. Marta na czole nie miała zimnego kompresu. Widocznie ciepła ręka jej partnera, głęboko poniżej pasa, sprawiła ten cud.

Wspomnienie ich reakcji na nasze wejście, do dnia dzisiejszego wprawia mnie w szampański humor! Te głupie miny. Te umykające spojrzenia. Te obłudne uśmiechy. Te nieszczere przywitania. Jedyne, co było szczere i prawdziwe, to zawiść w oczach moich niegdysiejszych przyjaciółek, na widok mojej sukni. I moich panów!

Zaraz po kolacji, zaczęła się istna ”wędrówka ludów” do naszego stołu. Byliśmy oblegani. Przy innych stołach siedzieli smętni mężowie, a przy naszym miejsca nie było. Nie miałam pojęcia, że moja eskorta tak cudownie tańczy! Skąd miałam wiedzieć? A moje koleżanki oszalały. Jeśli powiem, że w kolejce do nich stały, to nawet zbytnio nie przesadzę. Każda chciała wiedzieć, kim oni są. Skąd się wzięli, dlaczego ”ja ich chowam”. Odpowiadałam, ze słodkim uśmiechem na twarzy, że przez te lata, kiedy myśmy ”z niezrozumiałego dla mnie powodu” (koń by się uśmiał!) stracili kontakt, nawiązałam inne znajomości; weszłam w inne towarzystwo.

Po każdym tańcu, sypały się zaproszenia: ”Ninko! Przyjdź do nas na obiad w niedzielę. I przyprowadź panów.” ”Ninko! A do nas w sobotę na kolację. Koniecznie! I panowie też.” ”Nino! Musisz przyjść bezwarunkowo 24-go na Rafała imieniny – no i panowie też są proszeni.” ” Kochani! Musicie koniecznie być na balu karnawałowym w Dorchester – jutro zamówię dla was bilety.”

I tak do białego rana. Nagle stałam się najpopularniejsza na sali! Nagle nikt już nie mógł żyć beze mnie! Zaproszenia sypały się jak łupież. W drodze do domu, w taksówce, panowie z kieszeń wyciągali garściami serwetki, na których moje szanowne koleżanki podały swoje numery telefoniczne i wypisały dość ciekawe sentencje.

Jeszcze przez następne pół roku moi sąsiedzi byli moją carte blanche na liczne imprezy, z których wszelako nigdy nie skorzystałam. Non-stop bywałam gdzieś proszona, nieodmiennie wraz z moim entourage, oczywiście. Dopóki nie pojęto, że mnie wychudło. Że nie przyjdę.

Ale ta noc była przełomowa! Otworzyła mi oczy i pomogła stanąć na nogi. Wkrótce rzeczywiście znalazłam sobie inne milieu. Inne towarzystwo, które bez najmniejszego problemu, przygarnęło w pełni NIEZALEŻNĄ (w tym słowie tkwi bezwzględny klucz do nowego życia) wdowę. Reszta, jak to się mówi – jest historią.

Dwa miesiące temu dostałam smutny e-mail od Zbyszka. Roman zmarł nagle na atak serca. Dwie minuty i już go nie było. Zbyszek rozpacza. Nie wie, po co żyje, nie wie, co ma teraz ze sobą zrobić. Byli ze sobą przez 57 długich i serdecznych lat! Popłakałam się jak bóbr. Niestety, poza kojącymi słowami, nic mu pomóc nie mogę.

Czy Pan widzi jakąś analogię w tych historiach? Z żałobą (mężczyźni także) każdy musi uporać się sam. I powrócić do żywych dopiero wtedy, kiedy poczuje się na siłach. Czasami pomoc z zewnątrz jest potrzebna i konieczna, ale nie do przesady. Odbiera inicjatywę. Robi z kobiety życiowego inwalidę i zapieka ją w jej nieszczęściu. Jak inne wdowy, Pana siostra sama musi dojść do tego, że chce odrzucić ”szczudła”. Dopiero wtedy nauczy się sama chodzić wokół swoich spraw i przestanie byle drobnostką Pana deranżować.

Czy siostra nie pracuje? Jej by się przydało jakieś zajęcie. Jeśli nie pracuje – o, to jest dla Pana pole do popisu. Pomóc jej znaleźć jakieś zainteresowanie. Jakieś hobby. Po czym szybciutko ”wymówić służbę”. Wtedy będzie zmuszona sama stanąć na nogi.

Kiedy siostra przeczyta moja historię, może będzie potrafiła zrozumieć, że ona nie jest ani pierwsza ani ostatnia w tej sytuacji. Wdowy są kolosalną armią walczącą samotnie z przeciwnościami losu. I taki już ich los, że im więcej ludzi wokół nich – tym bardziej one odczuwają, że są same.

Ale, jak Pan to słusznie ujął: ”life goes on”! Kto nie nadąża, zginie. Czasami trzeba być okrutnym, ażeby być dobrym. W Pana przypadku oznacza to po prostu, że trzeba przestać pomagać!