O niebie

Dec 2, 2016 at 4:12 pm

Nie mam żadnego ciekawego tematu na podorędziu. Nikt niczego ode mnie nie potrzebuje. Posucha. A jednak czytelnicy dzwonią, piszą, domagają się felietonu. Ostatnio dużo pisałam o prawie, a raczej tutejszym bezprawiu, ale to dotyczy wyłącznie Ontario per se, więc nie nadaje się na tę stronę. To też w formie rekompensaty za trucie na tematy trudne i poważne, postaram się dzisiaj czytelników trochę rozbawić. Ażeby móc się uśmiechnąć, podzielę się paroma, zasłyszanymi dowcipami, które wprawdzie nie spadły z nieba, ale są dość zabawne. Jeśli ktoś już je zna, to przepraszam, że żyję. Skąd ten tytuł? Otóż wspólnym mianownikiem, nicią wiążącą te dowcipy jest właśnie niebo. Królestwo niebieskie. Zmartwienia św. Piotra. Nawet śmierć na wesoło.

 

Dobrze, że duszyczek żywić nie trzeba. Albowiem w niebie zabrakło miejsca. Przeludnienie. No proszę. Tam także. Kancelaria św. Piotra pracuje na okrągło, na trzy szychty, i ciągle nie może nadążyć. Na Perłowych Wrotach wywieszono wielki afisz we wszystkich językach świata. Afisz informuje, że w związku z trwającymi na ziemi wojnami, bezprawiem, szaleńczą jazdą na drogach, morderstwami, (głównie na tle rabunkowym, choć nie brakuje w afekcie), dla hecy, z chciwości, ze zdrady, itd. – za wiele duszyczek melduje się naraz. Niebo jest przepełnione i chwilowo nie jest w stanie wszystkich pomieścić. Na nadzwyczajnym zebraniu apostołów (zarządu – znaczy się) zapadła decyzja, że nowe duszyczki będą odtąd musiały zdawać wstępny (dosłownie) egzamin, jeśli mają nieodparte życzenie dostać się do nieba.

 

Egzaminy będą różne. Dzisiejszy ma być opisem jakiegoś wstrząsającego aktu zejścia. Wraz z wyjaśnieniem, dlaczego duszyczka uważa, że jej śmierć zasługuje na specjalną uwagę. Takie pośmiertne resume, swoiste CV, można powiedzieć. I tylko te duszyczki, które się zakwalifikują, mogą ewentualnie liczyć na otrzymanie klucza do królestwa niebieskiego. Św. Piotr, acz bez entuzjazmu, przyjął na siebie, narzuconą mu przez święte gremium, rolę przeprowadzającego selekcje. Ale, że w niebie nie ma korupcji (a więc dopiero w niebie jest to możliwe?!) i system niebieski jest sprawiedliwy, więc wszyscy mają takie same szanse.

 

Jako pierwsze, w szeregu ustawiło się 18 pań-Polek. Z Ontario, w Kanadzie. Wielkie społeczniczki. Starsze, bogobojne panie, członkinie Sodalicji Mariańskiej i kilku kół parafialnych w Toronto i okolicy. Wynajętym mikrobusem jechały na wielką uroczystość (połączoną z odpustem) do polskiego kościoła w Midland. Niestety, w drodze, mikrobus uległ wypadkowi. Stoczył się w przepaść i wszystkie panie zginęły na miejscu. Tragedia. Takie nobliwe, pobożne panie! Może by je zwolnić z egzaminu? Nie! Ni można. Ta sama reguła obowiązuje wszystkich jednakowo.

 

Św. Piotr nakazuje im ustawić się w szeregu i wydaje komendę: wszystkie panie, które nie były dziewicami w chwili zamążpójścia – wystąpić dwa kroki do przodu. Panie patrzą po sobie, ociągają się, krygują, wzdychają, ale w końcu, z widoczną niechęcią, siedemnaście z nich czyni te dwa kroki do przodu. Jedna zostaje w miejscu. I one też – wzdycha rozczarowany św. Piotr. Następny test: wszystkie panie, które raz lub więcej zdradziły męża – wystąpić 3 kroki do przodu. Te same panie, z minami jak po napiciu się octu, ciągle się ociągając i szurając nogami, robią trzy kroki do przodu. A ta jedna, nadal twardo stoi w miejscu. Św. Piotr nie ma problemu z podjęciem decyzji. Woła eskortę i wydaje polecenie: odprowadzić do piekła. I tą głuchą też!

 

Następnie zgłasza się 3-ch panów, też z Toronto. Ci panowie, za życia, nie znali się osobiście, choć dziwnym zbiegiem okoliczności, nie tylko mieszkali pod tym samym adresem, ale nawet odmeldowali się z ziemskiego padołu, nieomal równocześnie. Nie, budynek się nie spalił. Ani nie zawalił. Nie było żadnego kataklizmu.

 

Pierwszy zaczyna swoją opowieść: św. Piotrze! Byłem spokojnym, ciężko pracującym człowiekiem. Harowałem jak wół ażeby rodzinie zapewnić dostatni byt. Mieliśmy śliczne mieszkanie w bloku (podaje adres) na 15-tym piętrze, z widokiem na jezioro. Żona nie pracowała, Nie miała potrzeby. I wszystko było dobrze, aż sąsiedzi zaczęli robić sobie śmichy-chichy, imputując, że żona mnie zdradza.

 

Przyczaiłem się. Jednego dnia i wróciłem do domu niespodziewanie. W czasie dnia. Żona w dezabilu, leżała na łóżku i sprawiała wrażenie nieco zdenerwowanej. Wydawało mi się, że czuję woń cygara. A przecież u nas nikt nie pali. A już szczególnie cygara. Wodziła za mną oczami, kiedy jak wariat, biegałem po całym mieszkaniu, szukając tego ancymonka, co mi żonę uwiódł. W mieszkaniu go nie znalazłem. Ale na balkonie zaraz zobaczyłem dwie dłonie uczepione do parapetu. Od zewnątrz. Szlag mnie trafił. Z mieszkania porwałem młotek i poleciałem z powrotem na balkon. On ciągle tam wisiał. Zacząłem tłuc po tych łapach, które pewnie jeszcze przed chwilą pieściły moją żonę. Długo drań to wytrzymywał, ale w końcu puścił. Spadł. Jednakże spadł na gęste krzewy i jeszcze, bydlę, usiłował się z nich wygramolić. Jak to zobaczyłem, to tak się wściekłem, taką poczułem w sobie jakąś nadprzyrodzoną siłę, że całą lodówkę wytaszczyłem na balkon i spuściłem w ślad za nim. To go nareszcie wykończyło! Ale ten nadludzki wysiłek okazał się jednakże ponad moje siły. Doznałem  bowiem ciężkiego ataku serca i wykitowałem na miejscu. No i jestem. Św. Piotr każe poczekać. Następny proszę.

 

Drugi człowiek mówi: Ciekawe. Ja mieszkałem w tym samym budynku. Na 16-tym piętrze. Gołębie okropnie nam balkon paskudziły, więc postanowiłem założyć specjalną, przeźroczystą siatkę, od ściany do ściany. Wlazłem na taboret i już prawie kończyłem robotę, kiedy taboret się zachwiał, ja straciłem równowagę i wyleciałem na zewnątrz. Zdawało się, że będę miał trochę szczęścia, bo zdołałem złapać się za poręcz balkonu pod nami. Tylko nagle z mieszkania wyleciał jakiś wariat i bez powodu zaczął tłuc mnie młotkiem po rękach. Tak długo mnie tłukł, aż w końcu, z bólu, puściłem barierkę i spadłem. Ale jeszcze się nie zabiłem. Nie. Spadłem na krzaki i pewnie byłbym się uratował, gdyby nie to, że nagle z jasnego nieba spadla na mnie olbrzymia lodówka i rozmieniła na drobne. Acha – potwierdza św. Piotr. Poczekaj. Następny proszę.

 

Trzeci, przystojny młody człowiek, mówi: św. Piotrze! Siedziałem sobie golusieńki w lodówce i nerwowo paliłem cygaro….

 

Św. Piotr zastanawia się, czy nie wezwać Salomona. On ma dużo większe doświadczenie w rozsądzaniu. Fachowiec. Św. Piotr ma litościwą duszę, nie zawsze wie jak postąpić. Który z nich zginął gorszą śmiercią? Ma zastrzeżenia, ale musi przecież być sprawiedliwy. To trzeba sobie dobrze przemyśleć. Postanawia, że zanim sceduje tę misję na Salomona, odprawi jeszcze parę dusz i może w międzyczasie dozna natchnienia. Może lepiej dać sobie spokój z tymi relacjami i licytacją o zejściach śmiertelnych? Może lepiej i łatwiej będzie stawiać pytania?

 

To też następnej trójce, trzem panom, też z okolic Toronto, stawia po jednym pytaniu, na ten sam temat. Pyta pierwszego, nauczyciela z zawodu, (który utonął w jeziorze Simcoe,) jak się nazywał wielki parowiec, który też zatonął, ale w 1912 roku. Niedaleko Kanady. Nauczyciel marszczy czoło, szkrabie się w głowę, namyśla długo, coś sobie oblicza na palcach i prosi o chwilę zwłoki. Św. Piotr, zadowolony, że może się facet rypnie, (bo w niebie nauczycieli ma już od groma), z chęcią przystaje. Ale nauczyciel, już po chwili triumfalnie wykrzykuje: Titanic! Zgadza się – mówi nagle osowiały, św. Piotr. No cóż. Odpowiedział poprawnie, musi wpuścić go do nieba.

 

Po nim występuje śmieciarz. Był nieuważny, spadł z urwistego stoku do wysypiska. Przekoziołkował wiele razy, skręcił sobie kark, rozwalił czaszkę i zabił się na miejscu. Śmierdzi jak cholera. Św. Piotr trzyma się za nos. Szerokim rękawem zasłania sobie usta, bo niewiadomo przecież jak to jest z tymi bakteriami, tam na ziemi. Jeszcze tu coś naniesie. Nie za wielką ma ochotę wpuścić go do czyściutkiego nieba. Ale jak sprawiedliwość to sprawiedliwość. Niby od niechcenia pyta, jakie on ma wykształcenie. Prawie żadne, bo tylko 8 klas. Fajno – myśli sobie św. Piotr – powiedz mi proszę ile ludzi zginęło na Titanicu? Biedny święty. Nie wie, że dzisiaj wszystko się pokićkało. Że zrzeszonego w związku zawodowym śmieciarza, częściej jest stać na chodzenie do kina, aniżeli niejednego inteligenta. I pewnie też nie wie, że od kilku lat, odkąd film o Titanicu zrobił światową karierę (i furorę), wszystkie nawet najmniejsze szczegóły są na ogół znane. Śmieciarz był na tym filmie. Nawet dwa razy (raz z żoną, a raz z kochanką – ale z tym się nie wychyla.) Bez zastanowienia odpowiada, że około 1500 osób. Św. Piotr wzdycha i przyznaje, że odpowiedź jest prawidłowa. Jak go tylko odczyszczą i wykąpią w niebiańskiej piance, to zaraz pójdzie do nieba.

 

Ostatnim z trojki jest adwokat, który zabił się w swoim Cadillac’u, gdzieś w okolicy Rosedale. Też w Toronto. Uczciwych adwokatów nie ma. Ale, że brak tej cnoty nadrabiają nadmierną, zawodową elokwencją, zanosi się na długą tyradę. Św. Piotr nie ma ochoty jej wysłuchiwać. Aby sprawiedliwości stało się zadość, z przepastnej kieszeni wyciąga kartkę i długopis, i wręcza adwokatowi i mówi: a ty mi spisz imiona i nazwiska tych ofiar. Wrócę po ciebie za kilka lat.

 

OK, to pytania też niewiele dają – stwierdza święty Piotr. No to może obdarzać ich dobrami doczesnymi i niech sobie czekają w czyśćcu, aż będzie luźniej? Niebo na to stać. Nie ma sprawy. Akurat nadchodzą dwaj panowie. Kim jesteś? – pyta pierwszego. Rycerz Kolumba. Wdowiec. Był żonaty z tą samą kobietą 47 lat. Nigdy jej nie zdradził. Przeciwnie. Ubóstwiał ją. Ma pół tuzina dziatków i dwa tuziny wnuków. Religijny. Znany społecznik. Nigdy nie pił, nie palił. Ciężko pracował i uczciwy był do przesady – szepce pokornie. Św. Piotr sprawdza w komputerze. Zgadza się. Tutaj są straszne odległości – mówi. Za twoje zacne, bogobojne życie zostaniesz teraz wynagrodzony. Dostaniesz Rolls-Royce=a na twój prywatny użytek. Rycerz kłania się, dziękuje i odjeżdża.

 

A ty? – zwraca się do drugiego. No, ja nie byłem aż taki bez skazy. Byłem kucharzem. Trochę piłem, paliłem, kilka razy skoczyłem sobie na bok. Ale w sumie byłem chyba jednak porządnym człowiekiem. Dbałem o dobro rodziny. Nie kradłem. Pracowałem, nie obijałem się. Trochę wad, to ludzka sprawa. I jeszcze nie koniec świata. Św. Piotr, po sprawdzeniu zeznań w komputerze, mówi: nie wymądrzaj mi się. Masz tu Forda ”Mustanga”, niech ci służy. Kucharz dziękuje, pyta o drogę, posłusznie wsiada za kierownicę i wybywa.

 

A na tej niebieskiej drodze do czyśćca – ruch jak cholera. Wszystkie pojazdy świata na niej kursują. Trzeba strasznie uważać. Koncentruje się bardzo i nagle ryje w hamulec. Albowiem na poboczu stoi ten Rolls-Royce. Staje za nim i leci się pytać, co się stało. Niedawny towarzysz drogi do nieba, ten rycerz, leży na kierownicy i zalewa się łzami. Coś tam mówi, bełkocze właściwie, ręką wskazuje wstecz, za siebie, tak szlocha, że nie sposób go zrozumieć. Aż w końcu udaje się kucharzowi wychwycić: czy widziałeś tę kobietę, która nas właśnie wyminęła? Taką siwą, w mini-spódniczce? Widziałem – mówi kucharz. A bo co? Słuchaj! To była moja żona. Na hulajnodze!!

 

Św. Piotr jest zmęczony. Cieszy się, że ma tylko jeszcze jednego petenta do odprawienia. Ale wpierw musi wprowadzić poprzednie dane do komputera i “zasejwować”. Każe więc duszyczce chwile poczekać. Duszyczka rozgląda się ciekawie po kancelarii. W końcu nie może oprzeć się pytaniu: po co tutaj jest tyle zegarów na ścianach? Z nazwiskami. Aaa – mówi św. Piotr, jeśli musisz wiedzieć, to nie są zwykłe zegary. To są liczniki. Odmierzają życia różnych prominentów. A dlaczego wskazówki niektórych posuwają się bardzo powoli a niektóre tak szybko? – chce wiedzieć wścibska duszyczka. Bo one są tak zaprogramowane – mówi św. Piotr – że jak tylko facet skłamie, to zegar zaraz szybciej pracuje i skraca mu życie. Ciekawe – głośno zastanawia się duszyczka – ja tu nie widzę nazwiska naszego najbardziej znanego, najgłośniejszego w Polonii prominenta – pana Psipsińskiego. Aaa, – mówi św. Piotr, na chwilę odrywając oczy od komputera – to ty jesteś z Toronto? Wiem, o kogo ci chodzi. Wszystko w porządku. Znamy go. Monitorujemy. Jest nam nawet przydatny. My jego licznik używamy na zapleczu zamiast wiatraka pod sufitem.

 

Mogłabym tak pisać do jutra, albowiem ta niebiańska seria nie ma wręcz końca. Ale czas ucieka. Dlatego, na tej pogodnej, mam nadzieję, nucie, żegnam się z Państwem, aż do następnego felietonu.