O Greku

Nov 19, 2016 at 4:22 pm

Naprzeciw mojego osiedla zbudowano inne. Super ekskluzywne. Chociaż w tak bliskim sąsiedztwie, różni się od mojego choćby tym, że tam nie ma domu poniżej miliona dolarów.

Wiele lat temu, u dentysty za rogiem, poznałam mieszkającego tam Greka. Pan bardzo sympatyczny, miły i bezpośredni. A, że dentysta był, jak zwykle ”spóźniony w czasie”, tośmy sobie trochę pogadali. Ot tak, gadu-gadu o wszystkim i o niczym. Ale w konsekwencji tego gadania, pan zaprosił mnie na ich niedzielną BBQ. Polazłam z czystej, babskiej ciekawości. Rezydencja rzeczywiście okazała. Imponująca. Warta takiego szmalu. Cała rodzina z miejsca zapałała do mnie jakąś niepojętą sympatią a to zaowocowało w wielką, wieloletnią  przyjaźń, która trwa do dnia dzisiejszego.

Licznej rodzinie przewodzi tato, tenże pan Stavros. Jego żona Helena, sprawia wrażenie kurki domowej, lecz w istocie jest kobietą światłą, mądrą, zrównoważoną, z olbrzymim poczuciem humoru. Co jest rzadkim atrybutem pośród niemłodych Greczynek. Mają trzech synów i jedną córkę. Wszyscy już na swoim. I wszyscy ciężko pracują, albowiem papa już od dziecka im zapowiadał, że grosza nie powąchają, dopóki on żyje. W nagłym wypadku – pomoże, oczywiście, ale tylko doraźnie. Pieniądze na drzewach nie rosną. Trzeba je szanować i umieć na nie zapracować. Pan Stavros nie ukrywa, że jest milionerem. Nie dałoby się tego zresztą ukryć; jego nazwisko związane jest z siecią greckich restauracji, przemysłem żywnościowym, trasportowym, etc. A mimo to, cała rodzina nie wie nawet co to szpan. W życiu prywatnym są bezpretensjonalni, serdeczni i gościnni. Zdałoby się, że życie powinni mieć usłane różami. Lecz słońce nikomu nie świeci bez przerwy. Nawet milionerom.

W głębokiej nocy rozległ się nagle natarczywy dzwonek u drzwi wejściowych. Przerażona, na wpół przytomna, spojrzałam na zegarek: 3.30 AM. Narzuciłam szlafrok, w takich nerwach zbiegłam na dół, że nawet zapomniałam w judasz zerknąć. Wielkie ryzyko! Na podjeździe, niewygaszony, cicho mruczał silnik Cadillaca a pod drzwiami, w piżamie i szlafroku nerwowo przestępował z nogi na nogę, Stavros. Musiało się stać cos strasznego!

“Costa aresztowany. Pomóż nam, proszę!” – wykrzyknął. Kto? Ja? Jak? W czym? Co ja mogę? Tak jak stałam, w tym szlafroku (nawet drzwi wejściowych nie zamknęłam na klucz) wsiadłam do jego auta i za dwie minuty byliśmy u nich w domu. Cała rodzina już się zjechała i siedziała w kuchni. Pani Helena płakała, reszta patrzyła po sobie bezradnie.

Costa jest ich najmłodszym synem. Beniaminkiem. Zawsze mu obiecywali, że jeśli skończy college z dobrą lokatą, w nagrodę wyślą go do Europy. Głównie do Grecji, aby poznał kraj ojców swoich. Skończył na medal. Zaopatrzony w większą gotówkę, miał zwiedzić cały kraj, poznać liczną rodzinę. Poleciał. Zgodnie z obietnicą, dzwonił co tydzień, ale zamiast zachwytów nad ruinami Partenonu na Akropolu, czy smutną resztką Odeonu, gadał wyłącznie o jakiejś Polce, o jakiejś Joli. Po którymś tam telefonie, oświadczył zaskoczonym rodzicom, że będzie się z nią żenił. Rodzina nie była zachwycona, bo miała tutaj dla niego upatrzoną śliczną i zamożną Greczynkę. O Polce nic nie wiedzieli, poza ty, że religia nie ta sama. Ani kultura. No i w ogóle…

Ale nic nie pomogło. Costa w konsulacie w Atechach oficjalnie się zaręczył, na gorąco podpisał promesę ślubu w ciągu 3-ch miesięcy, i na tej podstawie Jola dostała „narzeczeńską” wizę na wjazd do Kanady. Nawet przed upływem wymaganych 90 dni, z hukiem i rozbijaniem talerzy, odbył się ich ślub. Była to wielka, kosztowna impreza, ale serca w niej nie było. Później rodzina traktowała Jolkę poprawnie, acz bez tej wylewności, którą okazywała “swoim”. Nawet mnie. Wykorzystując uprzywilejowaną pozycję w ich domu, wiele razy usiłowałam przekonać ich do niej, ale w duchu wiedziałam, że…. gadał dziad do obrazu.

Jolka nie była umysłem stulecia (dekady też nie) – to prawda, ale była ładną,  hożą, dobrze zbudowaną blondynką; w zasadzie, nic nie można było jej zarzucić. Oboje, bez gadania, rzucili się w wir pracy. Wnet kupili ładny “townhouse”, meble, dwa samochody. Cztery lata temu urodził im się śliczny synek. Włoski złote jak polskie zboże, oczka niebieskie jak bławatki. Jolka do pracy już nie wróciła. A Costa zakochany w żonie i dziecku, świata poza nimi nie widział. Rodzina powoli ”miękła”.

Jeśli Joli można było cokolwiek zarzucić, to przesadną lojalność w stosunku do własnych rodziców. Sprowadzała ich co roku na kilka miesięcy. Wtedy rozmawiali wyłącznie po polsku, jedli po polsku, oglądali polskie filmy; teściowa rządziła domem Costy. Jego rodziców teściowie organicznie nie trawili. Mieli pretensje do Stavrosa, że dzieci nie utrzymuje, że ich córeczka musiała pracować, mając teścia milionera. Costy też nie lubili. Wyzywali go od czarnych, kędzierzawych sukinsynów, chamskiego (?!) nasienia, ale twardo korzystali z jego gościny. Mama dorabiała sobie pilnując obce dzieci i szyjąc dla ich matek, tatę opłacał Costa za drobne roboty przy domu i ogrodzie. Co roku wracali do Polski bogatsi o $7.000, jeśli nie więcej; wszak pobyt tutaj złamanego centa ich nie kosztował.

W wieczór, poprzedzający ową feralną noc, Costa miał pracować do północy. Ale około 19-tej nastąpiła awaria jakiegoś agregatu. Stanęła produkcja, więc wszyscy rozjechali się do domów. Kiedy Costa podjechał pod dom, zdziwił się, że nie w garażu ale na podjeździe stoi wóz Jolki i na dodatek tak jakoś śmiesznie, rytmicznie podryguje. Zaintrygowany, podszedł do auta i…skamieniał. Według zeznań złożonych na policji, panowanie stracił tylko na chwilę. Naprzód za włosy ściągnął z żony ich najlepszego przyjaciela (ojca chrzestnego ich synka), po czym wyłuskał z wozu Jolkę (w stanie skrajnego dezabilu) i faktycznie dwukrotnie ją spoliczkował. Jola zaczęła ryczeć i wołać mamę na pomoc. Kochanek zachował się może nie klasycznie, ale za to bardzo przytomnie. Wciągnął spodnie i zmył się. Nikt nawet nie zauważył kiedy.

Mama, która rzekomo nie zna angielskiego, wiedziała jednak, że należy wystukać numer 911 a po tem już tylko drzeć się głośno do słuchawki. Policja przybyła w ciągu 5-ciu minut. Wysłuchała wyssanego z palca przebiegu zajścia w wersji Joli i jej mamy, spisała akt oskarżenia. Bez zarządzenia obdukcji, bez wysłuchania jego tłumaczeń, bez żadnego gadania zakuli Costę w kajdanki i powieźli na komisariat. Dopiero po 5-ciu godzinach pozwolili zadzwonić do ojca. Ich adwokat już tam pojechał a ja miałam radzić jak postąpić z Jolką. Trudna dla mnie sprawa. Jak nie pokręcę – d…a z tyłu. Cokolwiek nie zrobię – komuś będę wrogiem.

Wreszcie zgodzili się ze mną, że trzeba odczekać, więc wróciłam do domu. Costa odsiedział w celi 48 godzin z najgorszym elementem, zanim stanął przed sędzią w Brampton, gdzie został formalnie oskarżony o… systematyczne bicie i znęcanie się nad żoną. Wypuścili go za bajońską kaucją. Nie wolno mu zbliżać się do własnego domu na odległość 500m, ani szukać kontaktu z żoną. Dziecko może widywać tylko za pomocą i w obecności osób trzecich. Zanim jego sprawa nie wejdzie na wokandę, nałożono na niego obowiązek regularnego odwiedzania psychologa (counsellor) indywidualnie, oraz branie udziału w zbiorowych seminariach jak panować nad agresją (anger management). Ma obowiązek finansowo utrzymywać rodzinę.

Mnie poproszono ażebym pojechała do Jolki (oficjalnie po osobiste rzeczy Costy) ale faktycznie po to, ażeby wysondować, czy Jolka będzie dalej trzymała się tej kłamliwej wersji. Niewdzięczna rola! Pojechałam dopiero po kilku dniach. Jej mama przywitała mnie stekiem obelg. “Kurwy” latały jak jaskółki. Wrzeszczała, że jestem wycirucha, że wysługuję się zasranym Grekom, ale co się dziwić skoro (eufemistycznie) “moja mamusia nie była mężatką a tatuś zmarł na brzydką chorobę”. Ale ja też mam język w gębie (trudno być damą w takiej sytuacji. Zresztą ona by tego nie zrozumiała), więc rzuciłam się jej na szyję, krzycząc radośnie: “ciociu! To nawet po tylu latach jednak mnie poznałaś!” Baba zdębiała, szczęka jej opadła, wyrwała się z mego uścisku i wyleciała z pokoju jak z procy.

Powiedziałam Joli, że nie bawi mnie rola, którą tu spełniam, że wcale nie chcę ingerować w jej sprawy, ale tak prywatnie, od siebie, radzę jej ażeby się zastanowiła nad tym co robi. Albowiem Costa bardzo łatwo udowodni (subpoena absztyfikanta wystarczy), że został sprowokowany. A ona, niewierna żona, straci męża, dom i resztę. Costa tylko na dziecko będzie łożył, a i to tylko wtedy, jeśli badania DNA potwierdzą, że to słodkie, płowe pacholę jest faktycznie jego dzieckiem. Jolka zaczęła chlipać. Podziękowała mi, że przyszłam. Przeprosiła za zachowanie mamy. Powiedziała, że ona Costę bardzo kocha i, że nie chce go tracić. Powiedziała, że jej tak z nudów odbiło. Że ogromnie wszystkiego żałuje. Że tęskni za Costą. Że pojedzie z adwokatem Stavrosa na policję, do sądu, gdzie tylko będzie potrzeba i, że wszystko odszczeka. Że to mama ją do tego namówiła, ale teraz kiedy miała czas ochłonąć, rozumie, że mama ma w tym interes (jaki?). Że ona już widzi, że tak dalej być nie może. Zaraz odeśle rodziców do Polski. Mama musiała podsłuchiwać za drzwiami, bo wpadła do pokoju jak furia, posyłając pod moim adresem ciąg dalszy treściwej i niepowtarzającej się wiązanki. Hi,hi,hi – nauczyłam się parę nowych, arcyciekawych, acz brzydkich, słów.

Jola słowa dotrzymała. Pojechała z adwokatem na policję. Uczciwie przedstawiła fakty. Wyspowiadała się ze wszystkiego. Broniła Costę, mówiąc, że Grecy są dumni i z temperamentem i dlatego tak się to wszystko stało. Że to wszystko jest jej winą. Oświadczyła, że męża kocha, że nie ma powodu się go bać. Przeciwnie. Chce ażeby wrócił do domu; chce z nim wieść normalne życie, jeśli jej przebaczy. Chwaliła jako męża i ojca. Odszczekała absolutnie wszystko. A pomogło? A guzik. Jak umarłemu kadzidło.

Costa pozostaje ciągle w stanie oskarżenia (sądy mają czas, nie wiedzą co to maraton). Mieszka u rodziców i wcale nie jest pewny czy nie wlepią mu kilka lat. Koszty sądowe i adwokackie będą horrendalne, gdyż będzie się bronił wszelkimi możliwymi sposobami. Ale już jest wiadomo, że bez względu na to, jak to się wszystko zakończy, on do końca życia będzie miał zapaćkane ”konto życiowe” (criminal record), jako facet karany sądownie za podniesienie ręki na żonę. Nawet jeśli nie będzie musiał siedzieć, nawet jeśli po rozprawie jej przebaczy i wróci do niej – zawsze będzie już przegrany. Jolka kochanków będzie mogła sprowadzać do domu plutonami. Jeśli chłopak tylko miauknie (nie musi jej nawet dotykać), wystarczy, że ona złapie za słuchawkę i wrzaśnie, że znowu ją uderzył. Jako recydywista, z miejsca pójdzie do mamra i to od razu na dłuższy okres. Bo w tym dzikim, dziwnym kraju, kobieta zawsze ma rację. Dlaczego?

Mnie jest okrutnie łyso. Żal mi Costy, żal mi jego rodziców, żal mi Jolki, żal ich synka. Ale najbardziej jest mi żal… siebie samej. I moich, nagle zmarłych śmiercią tragiczną, życiowych ideałów. Przez całe życie walczyłam o równouprawnienie kobiet. Do dzisiaj uważam, że jeśli kobieta wykonuje taką samą pracę, w tym samym wymiarze godzin, z taką samą odpowiedzialnością czy wysiłkiem – powinna zarabiać to samo, co mężczyzna na identycznym stanowisku. Ale po pracy - vive la difference!

Tylko, że w tym niby super liberalnym kraju, szkoda czasu na jakieś walki. W życiu służbowym “męskiej” stawki nigdy nie wygramy. No to w życiu prywatnym się odkuwamy. Baby z góry są wygrane. Choćby okoliczności były najbezczelniej w świecie naciągane. Chłopa można pięściami okładać, nawet wałkiem po głowie lać – pies z kulawą nogą za nim się nie ujmie. Dzicz!

Z drżeniem serca czekam na epilog greckiego dramatu moich przyjaciół. Nic w tej sprawie nie napawa mnie optymizmem. Wręcz przeciwnie. Doświadczenie  nauczyło mnie, że oskarżenie trwa minutę. Ale oczyszczenie z zarzutu – czasem całe życie. O ile w ogóle…