O zdradzie

Nov 8, 2016 at 8:42 pm

 

Narażając moją reputację dobrotliwej “Cioci – Kloci” (gdyż na pewno zaraz znajdą się tacy, którzy odsądza mnie od czci i wiary za to, że udzielam “zbawiennych porad” w tak drażliwej kwestii, nie mając ku temu należytego, zawodowego przygotowania), reaguję na, tragiczny w swej treści, list p. Bożeny z Hamilton. I  bardzo  proszę tych wszystkich dobrotliwych, o gołębim sercu czytelników, ażeby na chwilę o sercu zapomnieli. Tu trzeba działać! Litość i dobre słowa nic nie zwojują. Ja odpisuję, jak mnie rozum dyktuje. Nie czekam na oklaski, bo ich nie będzie, proszę tylko ażeby wczuć się na chwilę obiektywnie w zaistniałą sytuację:

 

Pani Nino! Błagam niech mi Pani pomoże! Jeśli mi ktoś nie doradzi, jeśli mi ktoś nie wskaże drogi, ja wiem, że zwariuję. Proszę bardzo, Pani może podać moje pełne nazwisko i adres. Niech się ludzie dowiedzą. Niech się cały świat dowie. Jestem zaszczuta. Nikomu już nigdy więcej nie zawierzę. Tylko Pani.

 

Kiedy zaszłam w ciążę, załatwiłam przyjazd mamy na kilka miesięcy. Ażeby mi pomogła przy dziecku, gdy ja po urlopie macierzyńskim będę musiała wrócić do pracy. Wszystko doskonale się zgrało, mama przyleciała dwa miesiące po urodzeniu dziecka (a pod koniec mojego urlopu) i rzeczywiście była nieocenioną pomocą. Otrzymała wizę na 6 miesięcy z możliwością jednego przedłużenia. Mama jest rozwódką, nigdzie nie pracuje i do nikąd jej się nie śpieszy. A ja musiałam jak najszybciej wrócić do mojej, (doskonale zresztą płatnej) pracy, gdyż mam 4 osoby na utrzymaniu. Siebie, dziecko, bezrobotnego męża, no i teraz jeszcze mamę. Ja mam 23 lata, mąż 30, mama 42 a Mareczek, mój synek, 10 miesięcy.

 

Dwa miesiące temu w moim miejscu pracy nastąpiła awaria. Kiedy ustalono, że naprawa potrwa kilkanaście godzin, zlikwidowano nam szychtę i rozpuszczono do domów. Bardzo tym uradowana, zrobiłam jeszcze zakupy i pojechałam do domu około godz.13-tej. Chwilę po tym, mój cały świat się zawalił. Mamę i męża zastałam w łóżku! I to w naszym łóżku! W naszym pięknym, wymarzonym łóżku z IKEA. Tak byli sobą ”zajęci”, że nawet mojego wejścia nie usłyszeli. Pani rozumie, Pani Nino, że oni nie odmawiali pacierza ani nie czytali gazety. Dwie osoby, które najbardziej w życiu kochałam tak strasznie mnie zdradziły. Dostałam ataku szału. Wyłam, krzyczałam i darłam na nich bieliznę pościelową.

 

Od tego czasu coś bardzo złego ze mną się dzieje. Załamałam się psychicznie. Straciłam pokarm. Nie dosypiam, bo ciągle czegoś nadsłuchuję. Później nie mogę się skoncentrować w pracy, bo myślami jestem w domu. Pracę mam absorbującą, bardzo odpowiedzialną. Nie mogę sobie pozwolić na jej utratę. Jestem cieniem człowieka. Przestałam o siebie dbać. Mój lekarz przypisuje mi środki uspokajające, ale ja nie mogę ich zażywać i równocześnie prowadzić samochód, czy pracować wydajnie.

 

Ja chcę, ażeby mama natychmiast wróciła do Polski. Ale ona nie chce. Mówi, że jej się tutaj podoba, że chce zostać w Kanadzie. Mówi, że w końcu nic takiego strasznego się nie stało. Że nawet, jeśli ją wyrzucę z domu, to i tak jestem za nią materialnie odpowiedzialna. Że albo pojedzie do Toronto i wyjdzie fikcyjnie za mąż albo zostanie w Hamilton, i ja ją i tak będę musiała utrzymywać. Płacić za jej mieszkanie, wyżywienie i tylko niepotrzebnie pieniądze wydawać.

 

Mój mąż mówi, że nas obie kocha, tylko każdą inaczej. I też powtarza, że nic takiego wielkiego się nie stało. I jeszcze obiecuje mamie, że jeśli ja ją z domu wyrzucę, to wtedy on jej przedłuży pobyt. Mama bagatelizuje wszystko. Śmieje się ze mnie, nazywa mnie “kochaną histeryczką” i krząta się po domu, jak gdyby nigdy nic. Dziecko też jest jakby ogłupiale, zdaje się nie wiedzieć, która z nas jest naprawdę jego mamą Ciągle płacze, choć mu nic nie dolega (badali go wiele razy). To pewnie ta grobowa atmosfera tak na niego wpływa.

 

Pani Nino! Co ja mam zrobić? Ja kocham mojego męża, Jestem skłonna mu przebaczyć, jeśli przysięgnie, że to się nigdy więcej nie powtórzy i kupi inne łóżko, bo ja do tego nigdy więcej się nie położę. Jest skażone! (Sypiam teraz na kanapie w livingu). Nie chcę także ażeby moje dziecko wychowywało się bez ojca. Stuprocentowego zaufania do niego pewnie już nigdy nie odzyskam, ale jest to cena, którą skłonna jestem zapłacić ażeby nie rozbijać małżeństwa.

 

Koleżanki w pracy mówią, ażeby mamę postawić przed faktem dokonanym. Zamówić odlot i zagrozić, że jeśli nie poleci, Immigration ją deportuje. Bilet mama ma ważny (roczny), ważność  upływa dopiero za 7 miesięcy. Mama mówi, że do tego czasu wszystko rozejdzie się po kościach, że mnie histeria też przejdzie, że ”TO”  było tylko ten jeden raz, i dalej gotuje mu jego ulubione potrawy. Ale ja im nic nie wierzę. I nie wiem w którą stronę się obrócić. Zdradzona przez męża, zdradzona przez matkę, mam tylko nadzieję, że Pani mnie nie zawiedzie.

 

Zawieść? Na pewno nie! Psychicznie – stoję przy Pani jak mur. Ale fizycznie – nie za wiele mogę Pani pomóc. Ale może wspólnie uda nam się coś wykombinować. Moja rada jest krótka i drastyczna: wont z mamą! Mama MUSI jak najrychlej Pani dom opuścić; mamę trzeba odesłać do Polski.

 

Ale za nim przejdę do meritum sprawy, chcę wytłumaczyć, dlaczego nie korzystam z przyzwolenia i nie podaję Pani nazwiska ani adresu. Po pierwsze, bo ja tego z zasady nie robię. Tym razem nie podałam nawet inicjału nazwiska, (co na ogół czynię). Szczególnie w tak drażliwej sprawie! Po drugie: a po co to Pani? Obojętnie, jaki będzie epilog tej “edypiady in spe” - czy Pani doprawdy chce się do końca życia afiszować stygmatem kobiety, której własna mama poderwała męża? Aby w kościele palcem na Panią pokazywano? Albo w sklepie chichrali się za Pani plecami? Bo ludzie takiej gratki tak szybko nie przepuszczą. Ani zapomną. Jęzorami będą młócić, że aż hej! Ja się wypowiadam w tej Pani nieszczęsnej sytuacji, nie tylko pod kątem jej niecodzienności, ale także dlatego, że w wielu domach przebywają w tej chwili takie fertyczne, młode mamy, którym też się może nudzić. Gwoli prawdy, ja w ogóle nie powinnam zajmować stanowiska w tej sprawie, gdyż jest to poważnycasus dla psychologa, dla profesjonalisty. Którego, nota bene, dla własnego dobra, Pani powinna jak najszybciej odwiedzić. (Proszę poprosić domowego lekarza o skierowanie.) W Pani obecnym stanie, ja, nawet przy najlepszych chęciach, nie potrafię Pani nic konkretnego doradzić. Ale zawodowcy będą potrafili. Ustawią Panią psychicznie i natychmiast zastosują odpowiednią terapię, która jest Pani straszliwie potrzebna. Jeśli Pani ma energicznie działać, każdy strzępek zdrowego rozsądku jest w tej chwili na wagę złota!

 

A teraz porozmawiajmy chwilę o tej drugiej przyczynie Pani załamania. Pani chce wiedzieć czy ”nadanie” mamy władzom jest etyczne? Czy Pani będzie potrafiła z tym żyć? Kochana! Czy ja tu czegoś nie rozumiem? A czy to, co się teraz wokół Pani dzieje jest etyczne?! Ja rozumiem, że Pani a priori szuka rozgrzeszenia z tego, co Pani chce zrobić. Co Pani zresztą MUSI zrobić. Proszę być spokojna. Jestem pewna, że czytelnicy (nawet ci świątobliwi, co to Aszanuj ojca i matkę, etc…), którzy w tej chwili Pani list przeczytali, już udzielili Pani absolucji. Ja pierwsza.

 

Tak jest. Jeśli mama dobrowolnie nie wyjedzie, mamę trzeba będzie, niestety,  zakablować władzom!! Ja, jak każdy inny porządny człowiek, brzydzę się denuncjacją. Nie mniej rozumiem, że bywają sytuacje, kiedy cel uświęca środki. I to jest właśnie jeden z nich. Stare porzekadło, o tym, że tonący brzytwy się chwyta, jeszcze raz pokazało swoje zardzewiałe ostrze. Pani się łudzi, Pani CHCE wierzyć mężowi, że to tylko z powodu popołogowej depresji i chwilowej Pani niechęci do spraw łóżkowych, on sobie znalazł chwilową alternatywę. Jak gdyby to, że była pod ręką, nie odgrywało żadnej roli. Wygodna (nie musiał nawet wychodzić z domu w zimowe poranki) no i… pozostawała w rodzinie. Więc poszedł na łatwiznę. A w ogóle, czy wolno zapytać, dlaczego 30-letni mężczyzna nie pracuje? Czy on w ogóle pracy poszukuje? Czy woli dotrzymywać towarzystwa wyrodnej mamusi? I dlaczego Pani go tłumaczy? Czy Pani nie jest trochę za młoda ażeby już teraz utrzymywać darmozjada? Pani się łudzi, Pani CHCE wierzyć, że kiedy mamy już nie będzie, że wszystko wróci do starego, do normy, do poprzedniej sielanki. Obawiam się, że bez wspólnej, ciężkiej pracy nad sobą – nie wróci!! Pani tej sceny nigdy z pamięci nie wymaże i mąż musiałby wić się jak piskorz, być akrobatą i na głowie stawać, ażeby cokolwiek mogło sprawiać wrażenie jakiejś normalności. Przynajmniej w najbliższej przyszłości. No, ale od tego właśnie są doradcy-psycholodzy, których nazywają tutaj “marriage counsellors”. Oni mają doświadczenie. Oni mają swoje metody. Święcie w to wierzę, że oni coś zwojują. Że będą potrafili ustawić Panią do pionu. Daj Boże! Pani bardzo tego potrzebuje.

 

A teraz do detali. Mamę trzeba natychmiast odesłać do domu! Trzeba wyznaczyć termin. Dać dwa tygodnie na ewentualne zakupy, ustalić datę powrotu i zaklepać miejsce w samolocie. Bilet ma ważny, problemu nie będzie. Good bye – mamo! Good bye -Fruziu! Jeśli mama odmówi, trzeba będzie bezwzględnie zawiadomić Immigration. Na piśmie. I wysłać listem poleconym. Pani musi ich zawiadomić, że nie tylko o kolejną, rutynową wizę nie będzie Pani wnosiła, ale wręcz przeciwnie, Pani ich ostrzega, że mama zamierza “zgubić się” w Toronto. Pani musi pisemnie oświadczyć, że nie chce być dłużej za mamę odpowiedzialna. Fakt ten musi zostać odnotowany w Pani teczce, gdyż jako sponsorka, Pani jest istotnie za mamę odpowiedzialna finansowo i pod każdym innym względem, aż do chwili  opuszczenia przez nią Kanady. (Kooperacja ze strony męża we wszystkich Pani poczynaniach, będzie wykładnikiem, czego można się po nim spodziewać. Będzie też sprawdzianem jego odrodzonej lojalności.)

 

Ale proszę się nie denerwować ani obawiać z palca wyssanych gróźb. Mama fikcyjnie za mąż nie wyjdzie, bo ta ”drobnostka” na czarnym rynku kosztuje obecnie  co najmniej $20.000 i wcale nie gwarantuje pozostania w Kanadzie. Znam konkretny przypadek, w którym rodzina wpłaciła połowę z góry ustalonej kwoty, po czym kandydat na ślubnego małżonka, w chwilę po zainkasowaniu forsy – poszedł w siną dal. (Pytanie: ile razy ten sam facet pobrał poprzednio po $10.000 a conto od innych ofiar?) Albo inny przypadek. Do ślubu wprawdzie doszło. Ale nowoupieczony ”żonkoś na papierze”, kiedy tylko kasę zachachmęcił – też znikł jak senne marzenie. Szukaj wiatru w polu. (Jego kawalerski adres okazał się fikcyjny.) A przecież wiadomo, że tylko on może sponsorować stały pobyt swej małżonki.

 

Nie poruszając już sprawy lojalności, Pani mąż jest albo bardzo naiwny, albo chce Panią zaszachować. On nie może mamy sponsorować. Albowiem nie pracuje. Nie ma wymaganych dochodów. Sam jest u Pani na garnuszku. O jego ”uprzejmych” kumpli, też proszę się nie martwić. Kumple dzisiaj nie są już tacy durni. Kiedyś, 15 lat temu, może i byli. Kiedy jeszcze nie znali tutejszego prawa ani późniejszych  reperkusji.  Bo kiedy ”Immigration” dobrała im się w końcu do skóry i przyszło im nagle utrzymywać zgraję obcych ludzi – szybko zmądrzeli. Dzisiaj nie ma takiej siły, ażeby ktoś komuś za friko,  na wariata, coś podpisywał, żyrował czy… się żenił. Nie te czasy!

 

Kiedy Pani szczęśliwie mamy się pozbędzie, a po pracy będzie chodzić do psychologa na leczenie, niechby synkiem zajął się tatuś (któremu przecież tak bardzo się nudzi). W każdym razie, aż do czasu, kiedy Pani, jak tysiące innych pracujących matek, znajdzie dla synka miejsce w dziennej ochronce.

 

Ale mnie coś innego niepokoi. Ponieważ Pani nie zastrzegła sobie dyskrecji (a wprost przeciwnie), pokazałam Pani list mojej córce i zapytałam o zdanie. Bez chwili wahania odrzekła, że abstrahując od braku etyki i krzyża moralnego, Pani mężowi absolutnie nie można wierzyć. Ani teraz ani później. Jeśli mu Pani teraz przebaczy, to jaką ma Pani pewność, że to się za chwilę nie powtórzy? Z inną partnerką, ale ciągle na zasadzie: “jak przebaczyła raz – to przebaczy znowu.” Moja córka uważa, że jak chłop nie widzi nic złego w tym, że zdradza żonę (obojętnie z kim), to coś jest nie tak i, że wszystkie znaki na niebie wskazują, że on nie zaprzestanie kontynuacji bezkarnych uciech cielesnych. Szczególnie, jeśli jego młody organizm nie jest przemęczony trudem i znojem codziennej pracy. Najwyżej wysili się (raczej ze strachu przed Panią) ażeby to nie było w Waszym łóżku. A propos - z jakich funduszy on ma kupić nowe łóżko, jeśli on nie pracuje i nie ma własnych pieniędzy?

 

Moja córka tak się zaperzyła, tak perorowała, że jeszcze chwila, a byłaby i mnie  przekonała, że Pani mąż przebaczenie pojmie jako objaw słabości i będzie to bezwstydnie wykorzystywał. Będzie Pani ciosał kołki na głowie. Przecież ma Pani najlepszy tego dowód w tym, że on nawet teraz nie jest w ogóle “sorry” za to, co się stało. Nie tylko nie wykazuje skruchy, ale jeszcze śmie twierdzić, że mamę też kocha. Co jest do cholery? Czy on jest Mormonem? Czy tylko zwykłym rozpustnikiem?

 

Aliści ja jestem bardziej liberalna. Bardziej wyrozumiała. A może moje doświadczenie życiowe podsuwa mi inny, bardziej ugodowy, scenariusz. Pani pisze, że męża kocha i dziecku nie chce odbierać ojca. A z drugiej strony jest załamana. Czy Pani myśli, że po pozbyciu się mamy z domu, atmosfera ulegnie poprawie? Czy zawarcie jakiegoś kompromisu wchodzi w rachubę? Z pomocą psychologa spróbować mu przebaczyć i zacząć na nowo? Z tym, że on MUSI też nad tym solidnie popracować. Zresztą on ma dużo więcej do stracenia, aniżeli Pani. Jeśli Pani jest skłonna ratować małżeństwo – musicie to zrobić razem. Z przekonaniem. Pani za cenę utrzymania małżeństwa, on za cenę utrzymania, w dosłownym tego słowa znaczeniu (chata, wikt i opierunek), Myślę, że będzie musiał prosić o przebaczenie nie tylko słowami. Będzie musiał udowodnić poprawę. Jak? Ja tego nie wiem. Ale psycholog będzie wiedział.

 

Natomiast, jeśli Pani nie będzie potrafiła otrząsnąć się z tego doświadczenia, to nie ma na co dłużej czekać. Trzeba się rozstać. Rozpocząć życie od nowa, tylko z Mareczkiem. Lepiej jest być chłopless, aniżeli z chłopem, do którego nie ma się zaufania. Pani jest jeszcze tak młoda, że stworzenie sobie nowej egzystencji będzie tylko chwilowym problemem. Trzeba tylko samą siebie o tym przekonać. Mareczek musi chwilowo Pani wystarczyć za całą rodzinę. On Pani nie zdradzi! A z czasem wszystko się ułoży. Obiecuję. Młodość ma to do siebie, ze wszystkie rany (nawet sercowe) potrafi zasklepić. Może nie błyskawicznie, ale za to skutecznie i bez blizn. Pani teraz potrzebuje lekarzy, a czas jest najlepszym z nich. Pani ma przed sobą jeszcze całe życie. Proszę liczyć tylko na siebie, wsiąść się w garść i uwierzyć, że jutro będzie lepiej. Bo będzie!

 

 

PS.   Proszę nie zapominać, że on będzie miał prawo do widywania dziecka. Tym  samym i Pani. Jeśli jemu będzie na Was zależało, jeśli będzie miał dobre  intencje – wtedy zacznie wieść normalny tryb  życia.  Okaże skruchę. Znajdzie pracę. Będzie łożył na utrzymanie dziecka.  Wtedy, ewentualnie, po jakimś rozsądnym upływie czasu, Pani może zaryzykować wspólne zamieszkanie na  próbę. A po tym? Któż to wie…. Ja, w każdym razie –  będę trzymać kciuki.