O tuszy

Oct 24, 2016 at 1:54 pm

Osobie młodej, zdrowej, o przeciętnej wadze, temat dzisiejszego felietonu wyda się trywialny. Błahy i nieważki. Tej osoby czyjaś nadmierna tusza na pewno nie wzrusza. Otyłość, zwłaszcza spowodowana chorobą, na ogół wzbudza litość tylko wśród najbliższych. Natomiast tusza, spowodowana pospolitym łakomstwem – nie wzbudza żalu u nikogo. A już szczególnie u tych, którzy są zmuszeni karmić obżartucha i płacić za nowe, coraz większe, ciuchy. Pani Teresa J. z Etobicoke pilnie prosi o poradę, związaną z tym tematem:

Pani Nino! Ja mam taki trochę niecodzienny problem. Ale problem, który z każdym dniem coraz bardziej urasta. Dosłownie. Wnet będzie bardzo poważny, jeśli nie znajdę szybko jakiegoś doraźnego rozwiązania. Problem jest w tym, że moja mama jest bardzo otyła. Nie, nie jest chora. Była badana i to nie raz. Moja mama nie je dużo (w jej mniemaniu), ale odkąd przybyła z Polski 5 lat temu, buzia jej się nie zamyka. Od nieustannego przeżuwania. Przybrała na wadze 16 kg. Na moje nieszczęście, mama odkryła chipsy i inne, bardzo smakowite zresztą, chrupki. Mama uważa, że to takie małe, że to nie może tuczyć. Wobec tego zjada dziennie dwie pełne torby po 170gr. każda. Mama uważa, że ja się powinnam cieszyć, że jej tak niewiele do szczęścia potrzeba. Że jej to tak bardzo smakuje a mnie mało kosztuje. Ale nie w tym problem.

Największy problem jest z kąpielą. Mama nie znosi prysznica. Mówi, ze pod nim się człowiek nigdy porządnie nie umyje. Mama uwielbia wylegiwać się w wannie, pić kawę, zjadać chrupki i czytać książkę lub gazetę. Ale mama nie może się już kąpać, kiedy mnie w domu nie ma. Bo doszło do tego, że mama sama z wanny wyjść nie potrafi! Ja muszę jej czynnie w tym pomagać. To znaczy, po prostu zapierać się o wannę i wyciągać mamę na siłę. Przez ubiegłe lata nie był to wielki problem. Ale teraz jest. Mama jest coraz cięższa. Mnie od paru miesięcy zaczęły plecy wysiadać. W tej chwili mam pęknięte żebro. Kiedy mnie doktor zbadał i zrobił testy, zaraz zapytał co ja takiego podnoszę i, że mi tego absolutnie więcej robić nie wolno. Jeśli moja profesja wymaga podnoszenia ciężarów – mam ją natychmiast zmienić, jeśli nie chcę zostać kaleką. Wstydziłam się powiedzieć prawdę. Pani Nino! Ja sobie nie mogę pozwolić na utratę pracy. Więc chodzę przykładnie na terapię, połykam pastylki od bólu i unikam podnoszenia czegokolwiek. Skończyło się także wyciąganie mamy z wanny.

Miałyśmy taki plastikowy uchwyt (wraz z mydelniczką) w ścianie przy wannie. Ale mama wyrwała. Administracja wstawiła nowy, metalowy. Kiedy ten nowy uchwyt też się wnet wyrwał ze ściany, kręcili nosem, ale jeszcze raz wprawili następny. Ale teraz odmówili. Powiedzieli, że to jest jakiś wandalizm. Że do trzech razy sztuka. Że oni, zgodnie z prawem, w tym przypadku do niczego więcej nie są zobowiązani. Żebym sama szybko załatwiła naprawę. A naprawione być musi, bo mieszkanie jest ich własnością, którą ja rujnuję, bo w wyrwę dostaje się wilgoć z kąpieli. Wezwałam dwóch builderów po kosztorys. Jeden to nawet zaprzyjaźniony. Tak jeden jak i drugi orzekli, że trzeba zrywać kafelki, kuć ścianę, wprowadzić i wmurować jakieś specjalne bloki, zakupić specjalną (dla niepełnosprawnych) 48-calową metalową poręcz, przymocować, zacementować wszystko z powrotem, położyć nowe kafelki (starych nie można użyć po raz wtóry), zrobić coś, co się nazywa grouting (nie wiem co to jest) i dopiero wtedy poręcz będzie stabilna i bezpieczna. Jeden wycenił robotę na $1050 plus podatek. Drugi na $1320 plus podatek, ale ten daje za to gwarancję na 25 lat. I dodał jeszcze, że jeśli ktoś wykona tę robotę taniej, to albo materiał użyje pośledni, albo będę miała do czynienia z kowbojem budowlanym, który nie ma pojęcia o porządnej robocie.

Zachowałam sobie artykuł, w którym Pani swego czasu pisała, że można dostać rządowy grant na przystosowanie jakiegoś nieodzownego urządzenia w mieszkaniu osób niepełnosprawnych. Znalazłam to biuro. Przetłumaczyłam artykuł i wniosłam prośbę o przyznanie specjalnego siodełka do kąpieli i zamontowanie koniecznej poręczy. Przyszła jakaś para. On oglądał i obstukiwał ściany w łazience, kiedy ona zażądała okazania świadectwa lekarskiego, na co mama jest chora. A jak się okazało, że nie mamy, sucho oświadczyła, że nam się nic nie należy i zarządziła odwrót. Niech mama schudnie, powiedziała – wychodząc. Ja nie wiem co mam zrobić. Dlaczego ja mam topić tyle pieniędzy w mieszkanie, które nie jest przecież moje? Jak ja stoję z tym prawnie? A mama mnie robi awantury, że się nie może porządnie pod prysznicem umyć. Jak Pani sądzi? Czy są jakieś inne biura? Czy ja mam jakiś rekurs?

Hmm….Z tego, co tu czytam, to Pani ma wielki kłopot, brudną mamę, dziurawą ścianę, pęknięte żebro, nadwerężony krzyż i już za chwilę – kolejną wyrwę. Tym razem w portfelu. W sprawie ściany nic Pani doradzić nie potrafię. To zależy od wielu czynników. Przede wszystkim, należy dokładnie przestudiować kontrakt mieszkaniowy zawarty z administracją, i zobaczyć, kto i za co jest odpowiedzialny. W sprawach wynajmu, każda administracja podlega ogólnemu prawu ontaryjskiemu i musi  kierować się wymogami prawa lokalnego (by-laws). Ale każda ma też jakieś swoje własne Awidzimisię, własne wymagania. Może uda się Pani udowodnić, że ostatnia naprawa była wykonana tandetnie. Albo niefachowo. Przewiduję, że długo będzie się Pani musiała z administracją handryczyć, zanim dojdziecie do porozumienia. Może zaproponować jakiś kompromis? Oni naprawią, Pani coś zapłaci pro rata, za częściową dewastację. Proszę przygotować się mentalnie na długą korespondencję. Proszę się dowiedzieć w magistracie (City Hall), pod jakim adresem urzęduje Pani miejscowe biuro ACommunity Legal Services i tam zasięgnąć języka. (Jest Pani uprawniona do korzystania z ich darmowej pomocy, jeśli może Pani udowodnić niskie zarobki.)

Natomiast jestem pewna, że potrafię doradzić Pani, jak bez najmniejszego wysiłku można wyłuskać mamę z wanny, nawet palcem jej nie dotykając. Nie ja wymyśliłam ten sposób, tylko… angielskie szpitale.

W Anglii, jeszcze do niedawna, prysznice nie były popularne. Kiedy, przy kapitalnym remoncie naszego domu, ja sobie zakrzyknęłam, że chcę je mieć we wszystkich łazienkach, nasz budowlaniec spojrzał na mnie z politowaniem, pokiwał głową, po czym wziął mojego męża na stronę i ojcowskim, protekcjonalnym tonem powiedział: sir, pana żona pana zrujnuje! Ona ma chore zapędy. Chyba za dużo amerykańskich filmów się naoglądała. Na co wam te prysznice? Po co ten koszt? Gościom imponować? Przecież nic nie zastąpi dużej, głębokiej wanny. (Pod tym względem miał chyba dużo racji. Bo ja, tak jak Pani mama, też kocham wylegiwać się w wannie. A już szczególnie w jacuzzi!) Ale wtedy postawiłam na swoim. Batalię z budowlańcem wygrałam, męża nie zrujnowałam i wiele lat wygody miałam.

Ale ad rem. Jak już wspomniałam, sposób na bezproblemową kąpiel wymyśliły angielskie szpitale. To, że wanna nigdy tam nie stoi pod ścianą, ale prostopadle do niej, ma swoje logiczne zastosowanie. Chodzi o to, ażeby pielęgniarki miały dostęp do pacjenta ze wszystkich stron równocześnie. Każdy pacjent, szczególnie po poważnej operacji, kiedy szwy zaczynają swędzić, nie marzy o niczym innym, jak tylko o kąpiółce. Ażeby przy fizycznym wysiłku szwy nie popękały, chyba jeszcze sama Florence Nightingale wymyśliła, ażeby pacjenta opuszczać do wanny na hydraulicznie wspomaganym, metalowym sicie. Zaś wszystkich innych uczyć, jak opuszczać wannę o własnych siłach, nie narażając pielęgniarek na fizyczny wysiłek. Otóż pacjent, trzymając się jednego brzegu wanny, obracał się w wodzie naprzód na bok (obojętnie który), później na brzuch. Teraz, trzymając się obu krawędzi wanny, klękał na kolana, po czym podnosił jedno kolano, po tym drugie i… wstawał na nogi bez żadnego wysiłku. Pielęgniarka zawsze była obecna. Czasem nawet dla odzyskania równowagi, podawała rękę, ale to wszystko. Pacjent bez trudu sam opuszczał wannę. Mnie tej wywrotki nauczono we wczesnej młodości, po operacji usunięcia wyrostka robaczkowego. W czasach, kiedy po takim głupim, rutynowym zabiegu, trzeba było przebywać w szpitalu przez 10 długich dni. A blizna swędziała jak cholera! Ja zresztą do dnia dzisiejszego, z przyzwyczajenia już, stosuję ten kąpielowy manewr, gdyż eliminuje poślizgnięcie się w wannie. Jest to szczególnie ważne dla ludzi mieszkających samotnie. Tym ostatnim, radzę jeszcze na okres kąpieli nie zamykać drzwi wejściowych na klucz, brać ze sobą do łazienki telefon czy komórkę i umieszczać w zasięgu ręki. Może Pani zechce na sobie tę metodę wypróbować i pokazać mamie, jak się to robi. Żadna filozofia. Zapewniam.

A skoro jesteśmy przy tuszy…. Nie wiem czy wszyscy nasi Czytelnicy są świadomi, że autor drugiego, (nieoficjalnego), polskiego hymnu Czerwone Maki na Monte Cassino, sławny Feliks Konarski, czyli REF-REN, miał jeszcze wiele innych oblicz: satyryka, aktora, pisarza, kompozytora, reżysera, radiowca, Jego kariera trwała ponad 60 lat! Był niebywale utalentowany i, na szczęście, równie płodny. Znałam go osobiście jeszcze z Londynu; kiedy spotkałam go znowu, już w Toronto (przyjechał wtedy ze swoim monodramem “Rozmowy z Niną”), przechlipałam cały spektakl.  Tak, jakbym wiedziała, że widzę go po raz ostatni!

Teraz delektuję się jego książkami. Słowne delicje! Każde słowo to perełka. Pozwalam sobie przedrukować jeden z jego wierszy. Bardzo a propos Pani mamy:

 

BRZUSIO

Znajoma pani powiedziała mi: Felusiu,

Pan oprócz buzi, przytył na brzusiu….

Rozumiem, buźka, gdy okrągła, zdrowiem tryska

Lecz, po co panu jest potrzebna ta walizka?

Jestem zmartwiona trochę, gdy na pana patrzę,

Bo, chociaż włoski są teraz rzadsze,

To jednak pan jest ten na scenie i w teatrze

Jedyny amant, który został nam.

Pan należy do tej ludzkiej kategorii,

Która ciągle nie umie liczyć kalorii

I która pociąg ma do pączków i do ptysi

A pan, w dodatku, do kopytek pani Krysi!

Zamiast sałaty, marcheweczki i brocholi,

Pan woli babki, torty i serniki pani Joli

I to jest właśnie ten największy błąd!

Dlatego pan, niestety, pilnować musi diety,

Kopytka i kotlety pan musi cisnąć w kąt!

Pierogi i ziemniaki, pulpety, bigos, flaki -

Jeżeli jako taki i szczupły ma być front.

I, że na każdy feler, cudownie robi seler

Wiec niech go pan w zanadrzu, pod ręką zawsze ma!

I zamiast śnić o zupie lub kantalupie,

Niech pan selerek chrupie każdego dnia!

Jak usłyszałem, że mi z brzusiem nie do twarzy,

Kupiłem seler na wysprzedaży,

Dwadzieścia pęczków. Pól lodówki. Bagatelka.

Za miesiąc będę cienki w pasie jak modelka!

Pierwszy selerek nawet mi smakował dosyć,

Choć mu daleko było do polish sosycz…

Ale po trzecim rad bym wrócił do sandwiczy

I chętnie rzucił ten króliczy wikt!

Dopiero piąty pęczek dal mi się we znaki,

Bo był bez smaku – i mdły jakiś taki,

Więc omaściłem go raz masłem a raz miodem

I seler poszedł i był smaczny mimochodem!

Po tym odkryciu jeść zacząłem go pęczkami

Raz z pasztetówką, a raz ze salami

Albo jak zrazy a la Nelson z kluseczkami

Lub po francusku w sosie beszamel…

Z selerem naleśniki, pork chopsy i befsztyki

Kurczaki i indyki, z selerem – pączek, ptyś!

Na deser dla osłody z selerem były lody,

Ach, czego dla urody nie zrobi człowiek dziś?!

I powiem wam w sekrecie, że po tej całej diecie

Jestem najzdrowszy w świecie i świetny humor mam!

Pomimo to, że seler miał jeden wielki feler:

Bo brzusio w dalszym ciągu jest taki sam!

Jeśli podmieni Pani słowo “seler” na ”chipsy” – mamie także nie zmniejszą się od tego ”hipsy” (biodra, znaczy się). A ja, zanim skończę, mam jedno pytanie: kto jest w Pani domu zaopatrzeniowcem? Kto płaci za zakupy? Kto je zwozi do domu? Czy muszę kłaść kropkę nad ”i”?