O odzie do sw.komputera

Oct 9, 2016 at 1:04 pm

   Nie tak dawno naszą  prasę zbulwesowała niecodzienna historia 20- letniego studenta Stevena Durocher, mieszkańca Cornwall w Ontario, którego zabił…komputer.  Nie, nie przez dotknięcie jakiegoś obnażonego druta. Także nie spadł mu na głowę, kiedy akurat szukał czegoś pod biurkiem. Nie, to by było za proste, za prozaiczne. Stevena “zabił” w ciągu jednej sekundy, paluch jakiegoś biurokraty, który niczym sęp zapikował w niewłaściwy klawisz komputera.  Nie mniej to jedno bezmyślne kliknięcie wystarczyło, ażeby wymazać Stevena ze świata żyjących. Jedno delete  i puff – nie ma Stevena. W ten oto nieskomplikowany sposób, komputer  przejął na siebie rolę Pana Boga. Podanie o stypendium poszło do kosza (zmarli nie studiują) a wszelkie późniejsze tłumaczenia i dowody, padły na głuche oczy i uszy. Jako ostatni gwóźdź do trumny, suche urzędowe pismo z Revenue Canada, skierowane do jego spadkobierców (?), potwierdziło stanowisko niższych instancji, że skoro komputer tak wykazuje – to znaczy, że tak jest! Rekursu nie ma. A gdzie akt zejścia? – pyta wkurzony Steven. Aaaa, to? Zgony – to nie nasz resort, w galopującym tempie ripostuje biurokracja w swym żywiole.

          Szkoda, że Steven Durocher nie znał wcześniej sprawy państwa Mrdja, że nie wiedział, iż istnieje precedens. Albowiem teraz miałby już całą sprawę z głowy. I na przekór wszystkim urzędasom, dawno by “odżył”.  Aliści Steven ma fart, bo znalazł  sprzymierzeńca. Mnie. Za pomocą Bella odnalazłam chłopaka, napisałam do niego, podałam namiary, przekazałam wszystkie znane mi daty i szczegóły. Myślę, że się walnie przyczynią do jego rychłego “zmartwychstania”. Albowiem Steven Durocher wcale nie jest pierwszą ofiarą komputera,  któremu jakiś “ważny”, acz bezmyślny idiota poruczył odegranie roli Pana Boga. Wszak dziewięć lat temu była już sprawa państwa Mrdja.

          Branislav i Desanka Mrdja nigdy nie zapomną dnia, w którym umarli. Nikt nie pomodlił się za ich grzeszne dusze. Nikt im nie sprawił pogrzebu. W żadnej gazecie nie ukazały się ich nekrologi. Cisza! A cisza dlatego, że nikt o ich śmierci nie wiedział. Nie wyłączając ich samych. O tym, że opuścili ten ziemski padół dowiedzieli się przypadkiem, mimochodem, kiedy mieli czelność zakwestionować postępowanie jednego z urzędów państwowych.

          Państwo Mrdja przybyli do Kanady ponad 30 lat temu z ówczesnej Jugosławii. Pracowali ciężko w jednym z torontońskich szpitali. On jako noszowy, ona jako posługaczka. Już wtedy nie byli młodymi ludźmi. To też wnet przypętały się rozmaite dolegliwości. Lecz oni nadal twardo pracowali, słusznie rozumując, że tylko w wypracowaniu sobie jako-takiej, choćby tylko częściowej emerytury, leży ich, wprawdzie nie bajecznie kolorowa, ale za to względnie spokojna starość.

           Kiedy TO się stało, mieli oboje po 64 lata i byli od ponad roku na wczesnej emeryturze. Ze względów zdrowotnych, oczywiście. On miał poważny problem z nogami i przeszedł szereg skomplikowanych operacji; ona cierpiała na chroniczne zaburzenie krwiobiegu. Żyli tak jak sobie założyli. Skromnie. Nie byli zamożni ale też nie przymierali głodem. Każdego ostatniego dnia miesiąca ich rozmaite pensje i zasiłki wpływały bezpośrednio na ich wspólne konto bankowe i, jak do tej pory, nigdy nie było z tym żadnych problemów.

          Ale, kiedy 31 -go grudnia 1994 poszli do banku pobrać trochę gotówki na zakupy, skonstatowali z niemałym zdziwieniem, że ani jeden z rządowych czeków nie wpłynął na ich konto. Z miejsca zakwestionowali ten fakt u “tellerki” (urzędniczki bankowej). Przywołany kierownik coś tam posprawdzał w komputerze, po czym powiedział, że nie zna przyczyny wstrzymania przelewów. To nie jest jego sprawa. Pieniądze nie przyszły, nie ma ich na koncie, zatem wypłaty nie będzie – dodał. Obrócił się na pięcie i majestatycznie odżeglował do swojego biura. Ale młoda, uprzejma urzędniczka, widząc ich konsternację i podenerwowanie, poradziła im aby bez zwłoki skontaktowali się ze swoim oddziałem “Human Resources” (Ministerstwo Opieki Społecznej) tj. instytucją,  która normalnie wypłaca ich pensje i zasiłki. Adres znali.  Nie tracąc czasu, złapali taksówkę i zaraz się tam udali.

          Ważna wielce urzędniczka państwowa, patrząc ustawicznie na zegarek (wiadomo, za kilkanaście godzin – Sylwester!) jednym uchem wysłuchała ich gorżkich żali. Niechętnie spisała ich dane i równie niechętnie, wzdychając ciężko, nacisnęła kilka klawiszy komputera. Po czym oświadczyła beztroskim głosikiem, że nie  dziwota, że ich pensje zostały wstrzymane. Przecież oni nie żyją!

          Jakby jasny piorun w nich strzelił!  Jak to nie żyją?  Co to znaczy, że nie żyją?  A kto tu stoi?  Młoda biuralistka, mocno już zniecierpliwiona, powiedziała, że tego to ona nie wie, bo akty zejść to nie jest jej resort. Doradziła, ażeby już w  nowym roku zaczęli dochodzić swego tam gdzie trzeba. W innym budynku i innym wydziale. Albowiem ich “wskrzeszenie” nie leży w jej kompetencji.

          Desanka, z nerwów, na miejscu doznała ciężkiego ataku dusznicy. Sylwestra, zamiast u przyjaciół, spędziła w łóżku. A i Branislav nie najlepiej się poczuł. Zupełnie jak w tym wierszu: “był sobie dziad i baba – bardzo starzy oboje”. Lecz tamci (nawet jeśli tylko na papierze) kaszlący i skuleni we dwoje – jednak…byli, żyli.

          W minorowych nastrojach odczekali następnych parę dni, po czym rozpoczęli mozolną wędrówkę od urzędu do urzędu. Dopiero teraz ci starzy, schorowani ludzie pojęli, że jest to dopiero ten przysłowiowy “wierzchołek góry lodowej”. Początek prawdziwej gehenny. Gehenny na 102 fajerki. No bo jak można udowodnić skostniałym od niemyślenia biurokratom, że się żyje?! Dać się uszczypnąć, czy co?  No bo kiedy fakt, że się siedzi we własnej osobie po drugiej stronie imponującego biurka i rozkłada przed znudzonym urzędasem wachlarz dokumentów – zupełnie nikogo nie przekonuje, to co robić? Walić głową o ścianę?

          Jak zły szeląg odsyłano ich  z jednego biura do drugiego. Aż zmęczeni i sfrustrowani, po wielokrotnych wizytach w szeregu budynków, plejadzie instytucji, niezliczonych biurach, po błąkaniu się po dziesiątkach urzędów, lekceważeni, zbywani, cynicznie odsyłani od Annasza do Kajfasza, ku swojemu zdziwieniu, pewnego dnia znaleźli się znowu przed tym samym urzędnikiem, od którego rozpoczęli swoją “sensacyjną” wędrowkę po kuluarach władzy. Czyżby mieli zaczynać da capo? Pan referent, mocno opalony młody człowiek, może zapędzony w kozi róg a może tylko przerażony perspektywą regularnego i natrętnego nachodzenia przez tych ludzi, w końcu puścił farbę. Ociągając się, niechętnie, powiedział im wreszcie, że jego biuro otrzymało zawiadomienie z policji, iż państwo Mrdja zginęli w wypadku samochodowym, czy coś takiego.

          To bezosobowe “or something” (coś takiego) zabrzmiało w ich uszach jak policzek. To ich najbardziej ubodło. Jak to? Czy tutaj nikt niczego nie sprawdza? Nie potrzebuje dowodu? Jakiejś podkładki? Co to jest? Na jakiej podstawie zostali uśmierceni? Wzruszenie ramion było jedyną reakcją. Pan Branislav, po raz setny, wyłożył na biurko wszystkie dokumenty: karty SIN’u, OHIP’u, dowody nadania obywatelstwa kanadyjskiego, książeczkę czekową, rozmaite karty kredytowe. Rachunki za telefon, prąd, gaz. A gdzie prawo jazdy? – ożywia się na krótką chwilkę, rozbudzony urzędnik. “Nie mam. Nie posiadam auta” - odpowiada spokojnie pan Branislav.  Naprawdę? - młody człowiek zdaje się nie wierzyć. Niemniej, ta rozmowa, jak wiele poprzednich, także nie przynosi pożądanego efektu. I tak jak w przypadku Stevena, zniecierpliwiony urzędnik recytuje z naciskiem “firmową” apostrofę: komputer jest nieomylny. Jeśli komputer nie prowadzi ich w swojej ewidencji, ergo - oni nie żyją! Koniec. Schluss. Fine. Good bye Fruziu!

          Dopiero na to dictum, w potulnego dotąd pana Branislava nagle jakiś diabeł wstąpił. Zaczął się drzeć. (W końcu co oni mu mogą zrobić, skoro on nie żyje? Przecież nie mogą oskarżyć o obrazę majestatu kogoś, kogo nie ma, kto nie egzystuje!) Więc w dość niewybrednych słowach powiadomił pana urzędnika, w której to dokładnie części swego białego ciała ma jego, wraz z jego komputerem. I, że jeszcze pocałować go tam może. OK? A umrzeć – to on umrze dopiero wtedy, kiedy go Pan Bóg powoła. Jasne? A teraz każe, tak jest,KAŻE, pokazać sobie ich akty zgonu i oświadcza, że oni tak długo stąd nie wyjdą aż nie otrzymają do ręki kopii tych dokumentów. Są obywatelami kanadyjskimi i swoje prawa znają. (Nie znali, ale co szkodzi tak powiedzieć?) Oni chcą wiedzieć gdzie, kiedy, i w jakich okolicznościach zmarli czy zginęli, nawet jeśli tylko idiotyczną śmiercią komputerową. A, że oni nie mają życzenia być chodzącymi kadawerami (jak to dobrze, że się pracowało w szpitalu i zna się słowa, które zaskakują niedouczonych biurokratów), będą tutaj siedzieli aż do skutku. I wcale nie dlatego, że go chore nogi już nie niosą, tylko dlatego, że on ma tego wszystkiego dosyć. Po dziurki od nosa! Acha, i żeby mu tu jeszcze kawy podać, bo mu w gardle zaschło od tego jałowego mielenia językiem. Zrozumiano?

          Po tej tyradzie, oniemiały na chwilę urzędnik, odzyskał mowę. I inicjatywę. Począł gorączkowo gdzieś wydzwaniać, co chwilę wylatywał z pokoju, wpadał z powrotem, wystukiwał coś w komputerze i mruczał pod nosem brzydkie słowa. Gdyby spojrzenia zabijały, państwo Mrdja byliby teraz faktycznie trupami i dorobiliby się w trybie doraźnym dwóch autentycznych aktów zgonu.

          Czy to dzięki tej nagłej zmianie w zachowaniu  pana Branislava, czy też po ekspresowej wymianie licznych telefonów ze zwierzchnikami, anonimowy urzędnik dostał nowe dyrektywy – nie wiadomo. Wiadomo tylko, że nagle zmienił front. Z uśmiechem i wielką uprzejmością eskortował ich na wyższe piętro, do zupełnie innego biura (z dywanami i palmami), do którego w swych poprzednich wędrówkach, o dziwo! jakoś nie dotarli. Osobiście, prawie w lansadach, wprowadził ich do biura wiceministra (deputy minister), gdzie już bez żadnego gadania ani ceregieli kazano im podpisać szereg dokumentów. W tym także jeden, w którym stwierdzają pod przysięgą, że żyją i, że nigdy przed tym nie umarli(?!). Tylko w Kanadzie, proszę Państwa. Tylko w Kanadzie!

          Niezbadane są wyroki boskie. Obawiam się, że to powiedzenie wkrótce obejmie także i komputery. Tylko dlaczego wszyscy tak psioczą na te Bogu ducha winne, bardzo pożyteczne maszyny, a nie na bezmyślnych urzędników, którzy je obsługują? Urzędników cierpiących na atrofię i tak już ptasich móżdżków, którzy jednakże, chronieni przez bezduszne władze ipolityczną poprawność, są w stanie  bezkarnie zabić człowieka za jednym naciśnięciem klawisza. Czy wszyscy biurokraci to wariaci?

          Państwo Mrdja po upływie pół roku odzyskali swoje świadczenia (z odsetkami nawet). Lecz do dzisiaj najbardziej ich boli to, że nigdy i od nikogo nie usłyszeli tego jednego, malutkiego słówka: “SORRY”. (Pewnie nigdy nie zostało wprowadzone w rządowe programy komputerowe.) No to mój komputer jest lepszy, bo zna to słowo w 7-miu językach. A gdyby zaszła potrzeba wypowiedzieć  je w jeszcze innych – zadałabym sobie trud odszukania ich w odpowiednich słownikach. Ale to pewnie dlatego, że ja potrafię, (acz niechętnie), pójść do Kanossy. Uprzejmość w życiu prywatnym jest oznaką dobrego wychowania. Kindersztuby. W życiu służbowym powinna być obowiązkiem.

          W tym miejscu aż się prosi aby skrobnąć krótką “Odę do św. Komputera”:

                                         Proszę cię, komputerze święty, złoty,
                                         Nie pozbawiaj kompletnie Pana Boga roboty.
                                         Pana Boga zapewne i tak już to boli, że
                                         Musi dzielić swe cuda z bandą urzędoli!