O parkiecie

Sep 19, 2016 at 2:19 pm

Pani Grażyna H. z Ajax napisała długi list. W kilku sprawach zresztą. Między innymi, porusza temat, który być może zainteresuje innych Czytelników:

         Ja wiem, że dużo ludzi czyta to co Pani pisze i w ogóle korzysta z Pani porad. Dlatego ja także bardzo proszę ażeby Pani napisała coś na temat ludzi zachowujących się niekulturalnie na parkiecie.

Byliśmy zaproszeni na ślub i huczne wesele. Była z nami nasza sześcioletnia córeczka. Ślub w kościele był o godz. 13-tej popołudniu, po czym nastąpiła niewygodna, kilkugodzinna przerwa. Nie wiem dlaczego tutaj jest tak dziwnie. Bo ponownie zebraliśmy się dopiero o godz. 18-tej na wielkim przyjęciu w sali bankietowej eleganckiego hotelu. Naprzód witano nowożeńów, rodziców, imiennie przedstawiano drużbów i drużki, paziów, etc. Po tem były długie (przydługie, według nas) przemowy, opowiadano śmieszne historyjki z dzieciństwa Państwa Młodych,  czytano telegramy i wznoszono niezliczone toasty. To trwało bardzo długo. Dopiero po tej jakby części oficjalnej, podano kolację. Wyśmienitą zresztą. Ale ta też się przeciągała. Dopiero o godz.21-szej zaczęła grać orkiestra i rozpoczęły się tańce. Bar przez cały ten czas serwował trunki w nieograniczonych ilościach. Pili głównie panowie. Obserwowałam ich. Jedni pili mniej, inni więcej, ale byli i tacy, którzy już zdążyli całkiem nieźe się zaprawić. Jeden pan to był tak zalany, że nie tylko siebie i partnerkę na parkiecie przewrócił, ale skosił też kilka par tańczących obok. W tym i nasze dziecko, które strasznie poturbował. Nawet myśleliśmy z początku, że jej rączkę złamał ale, na szczęście, okazało się, że nie. Proszę niech Pani napisze, że bardzo pijani ludzie nie mają miejsca na parkiecie a ci mniej pijani, ażeby patrzyli dookoła i uważali jak tańczą. To jest wstyd tak się zachowywać w miejscu publicznym i świecić dziecku złym przykładem…(.)

Sorki. Nie napiszę. Nie mogę. Gdybym się z Panią zgodziła, byłabym potworną hipokrytką. Nie mogę krytykować czegoś, z czym się sama enzuzjatycznie zgadzam. Albowiem ja, w przeciwieństwie do wielu moich przyjaciół i znajomych (teraz także i Pani), gorąco popieram coraz częściej spotykaną prośbę zawartą w zaproszeniach: o nie przyprowadzanie małych dzieci na wesele. Także na inne Adorosłe@ imprezy. Nawet jeśli do niedawna nie byłam całkowicie o tym przekonana, jeśli miałam jeszcze jakieś  wątpliwości – to obecnie już ich nie mam. Utwierdziłam się o słuszności tej prośby, tego apelu właściwie, także będąc gościem na ślubie.

W ubiegłym roku byłam zaproszona na bardzo wytworny śub. I stałam się  mimowolnym świadkiem żenującej Aperełki@: otóż w momencie wymieniania obrączek, a więc apogeum ceremonii ślubnej, nagle z ławki pośodku kościoła rozległ się piskliwy głosik (ale przynajmniej na 100 decybeli), małego berbecia. W tym tak podniosłym momencie, pod sklepienie kościoła uleciała płaczliwa skarga: mama ja kcem kaku! Matka, może wielce ceremonią przejęta, a może tylko zwykła ”ciekawska”, zamiast dziecko natychmiast wyprowadzić, równie donośym głosem warknęła: później. Wobec tego, Bogu ducha winne dziecko, w co minutowych odstępach głośno obwieszczało urbi et orbi (jak na to miejsce przystało) swoją pilną, fizjologiczną potrzebę. Panna Młoda odwróciła się dwa razy i gdyby spojrzenia zabijały – biedny dzieciak niczego by już więcej w życiu nie potrzebował, albowiem legł by tam zimnym trupkiem. Księdza to Ainterludium@ także zmusiło do dwóch przerw w obrządku. I dopiero po tej drugiej przerwie, pewnie w reakcji na jego poirytowane i wymowne spojrzenie, jeden z drużbów poszedł wreszcie po rozum do głowy i, acz nie bez oporów ze strony matki i głośnego tłumaczenia, że córeczka ma przecież założoną pieluszkę, wcale nie łagodną perswazją zdołal je wreszcie wyeskortować z kościoła. Nie muszę chyba dodawać, że rozbawione oczy całej kongregacji zwrócone były raczej na obie sprawczynie zamieszania a nie, jak powinny, na nowożeńów w tej najważniejszej chwili ich życia.

Jeśli Pani sądzi, że nie ma tu żadnej analogii – proszę się zastanowić. Bo jest. W tej sytuacji, to nie pijani goście, lecz Pani dziecko nie miało miejsca na parkiecie! Parkiet jest dla dorosłych. Rozbawieni goście znajdują się na nim aby tańczyć a nie żeby świecić przykładem Pani córce – jak Pani postuluje. Są gośćmi na weselu a nie pedagogami w szkole. Ten upadek mógł być spowodowany nadmiarem alkoholu, ale mógł być także przypadkiem. Może ten pan po prostu się potknął? Bywa. W eleganckich lokalach bardzo pijanego biesiadnika służbowy Awykidajło@ bardzo grzecznie lecz stanowczo i sprawnie, sprowadza z parkietu. Nawet z sali usuwa, jeśli zachodzi ku temu potrzeba.

Ta troskliwość nie jest podyktowana renomą lokalu ani troską o jakość zabawy biesiadników. Jak zwykle, chodzi o kasę. O niechybny wzrost składki ubezpieczeniowej, gdyby przyszło wypłacić większe odszkodowanie. Albowiem, gdyby ktoś upadł tak nieszczęśliwie, że faktycznie złamałby sobie kończynę (wiele osób na wszelki wypadek z miejsca symuluje zwichnięcie), niewątpliwie zaraz zaskarżyłby hotel na jakąś wygórowaną sumę. Jaką? Bajońską. Z niezliczoną ilością zer.

A co Pani dziecko robiło tam jeszcze o tej porze?  Pewna jestem, że paziów na sali już nie było, albowiem od rana na nogach, o tej godzinie – pewnie dawno legli już pokotem. Eleganckim (i rozsądnym) światem rządzą niepisane, twarde prawa. Jednym z nich jest przeświadczenie, że jeśli kogoś nie stać na opłacenie Ababy-sittera@ na ten jeden wieczór, powinien dla własnego dobra (i gospodarzy także), zrezygnować z imprezy. Ale skoro już zaistniała odwrotna sytuacja, to co Pani dziecko robiło samo na parkiecie? Pomiędzy Atankującymi@ i tańcującymi dorosłymi, bawiącymi się na 102 fajerki? Odwróćmy na chwilę sytuację. Czy ten, przyjmijmy, że nawet zalany w pestkę facet, pchałby się do piaskownicy, wyłącznie domeny dzieci? Nie sądzę. No bo i po co? Po piasek w butach?

A za tem, z jakiej racji Pani chce narzucić dorosłym ludziom ile i gdzie mogą pić (od tego ci panowie mają żony) i jak się mają zachowywać. To była ICH zabawa. Przykro mi, ale ja upatruję w tym tylko Państwa winę, żeście dziecku pozwolili samej skakać na parkiecie. Bo to się faktycznie mogło bardzo źle skończyć. A jeśli mała się nudziła (w co ani na chwilę nie wątpię) myślę, że należało odżałować resztę wieczoru i zabrać dziecko do domu. I tak musiało być już blisko północy, prawda?

Reasumując, może warto zapamiętać hasło: piaskownica dla dzieci – parkiet dla dorosłych. Każde AP@ ma swoje AD@, acz ewidentnie nie w tym samym miejscu. Czy przekonałam Panią? Oby!

PS.   Przerwa pomiędzy ślubem w kościele a przyjęciem weselnym przeznaczona jest na wykonanie ślubnych fotografii. Każdy zawodowy fotograf, w zależności od pory roku i pogody, ma swoje Aobskoczone@ atrakcyjne miejsca, dokąd zaraz po ceremonii ślubnej udaje się weselny orszak. Fotograficzna procedura, te niezliczone zmiany w ujęciach  pozycji nowożeńców, ustawianie, przestawianie, wymienianie pozostałych uczestników, przemieszczanie się z miejsca na miejsce – to wszystko trwa godzinami. Widziałam już panny młode mdlejące z upału i widziałam panny młode przemarznięte do kości. W cieniutkich sukniach z gołymi ramionami (napluć na zapalenie płuc!), szczękające zębami, z przyklejonym uśmiechem na twarzy, z wiosennym bukietem w ręku, twardo pozowały na…śniegu, w do cna przemokniętych satynowych buciczkach.

No cóż, ten dzień, ten moment musi być uwieczniony. Nie tylko ażeby tradycji  zadość się stało; wszak te fotografie mają być przecież pamiątką na całe życie. Dzisiaj są przypomnieniem dla nowożeńców; jutro i pojutrze będą  radować oczy dzieci i wnuków. Stąd ta konieczna przerwa w uroczystym dniu. Przerwa, którą należy wkomponować w plan dnia i jakoś ją sobie zapełnić. Jeśli ktoś mieszka w tym samym mieście, powrót do domu na kilka godzin wydaje się logicznym rozwiązaniem. Zamiastowi idą do kina i jak długo nie chrapią, mogą sobie wygodnie odpocząć i nabrać siły na wieczorną imprezę.